Dzien 12. - San Francisco

Trip Start Mar 07, 2009
1
17
20
Trip End Mar 22, 2009


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow
Where I stayed
Couchsurfing

Flag of United States  , California
Thursday, March 19, 2009

Kolejny dzien w San Francisco dobiegl konca. Niestety nie udalo sie nam zobaczyc Alcatraz. Ku przestrodze innych nawolujemy do rezerwowania biletow z co najmniej kilkudniowym wyprzedzeniem. Inaczej trzeba sie obejsc smakiem. Cale szczescie San Francisco obfituje w atrakcje i dzien spedzilismy na oddawaniu sie rozkoszom tej nadmorskiej miejscowosci (tak, tak, wiemy, ze Pacyfik to nie morze, ale jak tu zbudowac zgrabny przymiotnik od rzeczownika ocean?).

Po nieudanej probie przedostania sie do Alcatraz udalismy sie na Alamo Square, by na nowo zorganizowac sobie dzien. Alamo Square to plac, przy ktorym wznosza sie charakterystyczne domy podobne do tych, ktore znamy z serialu "Pelna Chata", tutaj okreslone mianem Painted Ladies. Jesli wspiac sie na sam szczyt pobliskiego parku, ponad dachami Painted Ladies mozna ujrzec panorame finansowej czesci miasta.

Aby blizej poznac San Francisco, postanowilismy udac sie na przechadzke wzdluz Market Street, jednej z glownych ulic miasta. O ile niektore z bocznych uliczek posiadaja pewien urok i przywoluja na mysl europejskie zakatki, o tyle Market Street niczym szczegolnym sie nie wyroznia. Jedynym godnym uwagi jest fakt, ze centrum miasta pelne jest dziwolagow, szemranych typow i wloczegow polujacych na resztki jedzenia w smietnikach. Wielu z nich mialo swoisty obled w oczach i doprawdy budzilo moj niepokoj. Nic dziwnego, ze San Francisco wiedzie w Stanach niechlubny prym pod wzgledem liczby prob samobojczych. Porywisty wiatr, mgla co chwile oblepiajaca inna czesc miasta oraz tlumy swirow wedrujace po ulicach nie moga pozostac obojetne dla kondycji psychicznej. Jesli chodzi o Market Street, pozwole sobie jeszcze dodac, ze jedna z bocznych ulic nazwano imieniem Lecha Walesy. Jest to niestety najnedzniejsza uliczka w calej okolicy.

Niezwykle urocza jest natomiast Lombard Street, ktora u swego szczytu stanowi najbardziej pokrecona i stroma ulice San Francisco. Samochodem mozna ja pokonac tylko w dol, czego tez Stas dumnie dokonal :-)

Majac dosc kretych i stromych podjazdow udalismy sie na nabrzeze, by szumem fal ukoic nasze nieco skolatane nerwy. Znalezlismy sie w centrum handlowym przy Pier 39, na ktore przede wszystkim skladaja sie knajpy rybackie i sklepy z pamiatkami. Skuszeni wakacyjnym klimatem nabralismy ochoty na rybe. Na obiad poszlismy do restauracji p.t. "Sea Lion Cafe", z okien ktorej rozposcieral się widok na przystan lwow morskich. Niektore sceny nie zachecaly do jedzenia, my jednak bylismy wystarczajaco glodni, by zamowic Fish&Chips. W tym miejscu nalezy oddac honor pysznym fladrom z Wladyslawowa, dorodnym frytkom z brytyjskich barow oraz spozywczemu asortymentowi  Lidla - amerykanskie Fish&Chips nie przypominalo niczego z wyzej wymienionych. Zjedlismy, ale gorsza byla juz tylko perspektywa kolejnego stolowania sie w McDonald`s lub w Burger Kingu.

Lwy morskie sa urocze! Do tego stopnia niezgrabne, bezczelnie leniwe i ospale, ze nie pozostaje nic innego, jak dac sie uwiesc tym badz co badz dziwacznym stworzeniom. Nie baczac na nic czolgaja sie po brzuszyskach pozostalych lwow, byle tylko przedostac sie w bardziej atrakcyjna czesc tratwy. Dzwieki, które przy tym wydaja, pozwalaja sie domyslic, z jakze heroicznym wysilkiem sie to wiaze. Unoszacych sie dookoła zapachow postanowilismy dla wlasnego komfortu psychicznego nie interpretowac.

Podczas gdy my bawilismy sie w najlepsze, w samochodzie juz czekala na nas niespodzianka od sluzb pilnujacych porzadku w ruchu drogowym. Policja, straz miejska, czy czort jeden wie kto jeszcze, w kazdym razie jakies amerykanskie licho wsadzilo nam za wycieraczke mandat (!). Jako przyczyne licho to podalo fakt, iż samochod byl zaparkowany ponad 18 cali od linii kraweznika. Jak sie pozniej okazalo, w Stanach mozna parkowac jedynie po prawej stronie ulicy, wiec patrzac z tej perspektywy, mogli miec racje - my zaparkowalismy po lewej. Historia ta ma ciag dalszy, ale nie uprzedzajmy faktow. Maz powiedzial, ze sprawe zalatwi, wiec puscmy na razie te zenujaca przygode w niepamiec.

Chcac wydac resztki dolarow, wybralismy sie do centrum handlowego na obrzezach miasta, przy okazji wpadajac po drodze w popoludniowy korek. Zakupow jednak nie mozna zaliczyc do udanych, w sklepach jest albo to samo, co u nas (a celem wyprawy było upolowanie czegos unikatowego), albo cos, co przy obecnym kursie dolara byloby dla nas nie do przyjecia :-) Zrobilismy zatem tylko zakupy spozywcze w Trade Joe's, sklepie, w ktorym w jedzenie zaopatruje sie Xabier. Postanowilismy podziekowac mu za goscine salatka owocowa zaserwowana na sniadanie nastepnego dnia. Trzeba tutaj zwrocic uwage na to, iż wszystko, czym Xabier sie zywi, jest albo organiczne, bez tluszczu lub z soi. Dlatego tez postanowilismy nie ryzykowac i uzupelnic zapasy tam, gdzie on to robi. Na marginesie dodam, ze ten sklep niczym nie przypominal Food For Less z Las Vegas, byl wyposazony w male koszyki, a i towar mozna w nim kupic w ilosciach detalicznych.

Przyznam, ze wieksze nadzieje wiazalam z pobytem w San Francisco. Wszyscy Amerykanie zapewniali nas, ze zakochamy sie w nim od pierwszego wejrzenia. Byc moze dla tych, którzy nie znaja urokow Kazimierza, Pragi czy Paryza, strome uliczki San Francisco wraz z malymi kafejkami sa najbardziej klimatycznym miejscem na ziemi. Mnie niestety nie udalo sie zlapac ducha tego miasta. Ot, sympatyczne miasto z przyjemnymi zakatkami, jakich mnostwo jest w Europie. Jesli dodac do tego wszechobecne parady swirow, musze przyznac, ze o wiele lepiej czulam sie w niewielkich miejscowosciach mijanych po drodze.

Stas zapytany o wrazenia odpowiedzial wlasnie, ze mu sie podobalo. Ciekawe, co powie o przejazdzce droga numer 1, ktora wiedzie z San Francisco do Los Angeles, i na ktora wjedziemy jutro po spotkaniu z Xabierem. 
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: