Dzien 7. - Vegas

Trip Start Mar 07, 2009
1
11
20
Trip End Mar 22, 2009


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of United States  , Nevada
Saturday, March 14, 2009

W Vegas pozegnalismy sie z pobudkami przed switem. Ledwo zwleklismy sie z lozek o 9:00 i ruszylismy nad zapore Hoover, oddalona o 30 mil od miasta. W porannym sloncu wszystkie ciemne strony  Vegas byly widoczne jak na dloni - to miasto jest piekne tylko po zmroku i tylko na Stripie.

Wycieczka nad zapore była pomyslem Stasia. Poniewaz obecny tam plac budowy mostu w ogole mnie nie zainteresowal, pozwole sobie przemilczec ten fragment naszej podrozy :-) Niech zdjecia i ewentualnie Stas mowia same za siebie.

W drodze powrotnej wloczylismy sie troche po przedmiesciach w poszukiwaniu sklepow i czegos do jedzenia. Wtedy tez dokonalismy kilku interesujacych obserwacji dotyczacych zycia Amerykanow. Wchodzac do marketu p.t. Food for less zauwazylismy przy wejsciu kilka wyposazonych w siedzisko elektrycznie napedzanych wozkow na zakupy. Poczatkowo myslelismy, ze jest to swietne udogodnienie dla osob starszych, które nie maja sily poruszac sie po bezkresach supermarketu. Nic bardziej mylnego. Na wozkach zasuwali wszyscy, poczawszy od otylych obywateli, zapewne majacych problem z poruszaniem sie o wlasnych silach, az po obywateli leniwych, wzglednie szczuplych, a wiec i sprawnych, ktorzy za chwile dogonia tych pierwszych. Obywatele ci bez problemu wstawali z wozkow przy kasach i wykladali towar na tasme, nie ma wiec mowy o bledach w obserwacji i pochopnie wyciagnietych wnioskach. Ameryka to kraj leniwych ludzi.

Kolejnej obserwacji dokonalismy w tym samym miejscu. Gdy tylko weszlismy miedzy polki, chcielismy sie wycofac, sadzac, ze trafilismy do odpowiednika naszego Makro. Wszystkie towary pakowane były co najmniej po kilka sztuk, wzglednie w wielkich wiaderkach, torbach, kartonach. Przygladajac sie zakupom innych klientow szybko doszlismy do wniosku, ze to jednak zwykly sklep dla zwyklych ludzi. Wlasnym oczom nie moglismy uwierzyc, gdy jedna pani zrobila zakupy, ktore ledwo miescily sie w dwoch wozkach, z ktorych kazdy wiekszy byl niz te dostepne w Makro. Nie musze chyba dodawac, ze ta pani z pewnoscia w takim wozku by nie usiadla. Wyglada na to, ze w supermarketach sa specjalnie zatrudniane osoby, ktore pomagaja klientom podobnym do niej zawiezc wozki z zakupami na parking.

Po tym, co widzielismy, juz nie zdziwil nas za bardzo fakt, ze otylosc w Stanach traktowana jest jak inwalidztwo i uprawnia do parkowania na miejscach dla osob niepelnosprawnych. Tym samym cierpiacy na otylosc juz w ogole nie musza sie ruszac, gdyz moga dojechac wszedzie niemal pod samo wejscie, a niedlugo pewnie beda mogli wjezdzac i do srodka.

Jednak najwiekszym kuriozum, jakie do tej pory widzielismy w Stanach, okazalo sie byc jednoczesnie najmniejszym w tym kraju pelnym olbrzymow, rozmachu i przesady. Natknelismy sie na nie w centrum wyprzedazy w Vegas. Byl nim malenki, Bogu ducha winny york, ktorego szurniety wlasciciel, wzglednie wlascicielka, pofarbowal na... rozowo (!). Od stop do glow, poczawszy od pyska, az po ogon (!). Normalnie rece i piersi opadaja!

Przed zachodem slonca zaliczylismy jeszcze wizyte w hotelu MGM Grand, ktory posiada najwieksze kasyno na swiecie oraz wielopoziomowy wybieg dla lwow. Zal mi było tych zwierzat wystawionych na widok ciekawskich gapiow, pozostaje mi miec jednak nadzieje, ze chociaz szklane sciany, ktore oddzielaly je od kasyna, były dzwiekoszczelne. Przypuszczam jednak, ze te swiatowe lwy mialy się lepiej, niz niejeden zwierzak w zoo. Wybieg byl naprawde duzy, nie zabraklo tam wodospadu, skal oraz drzew. Wydaje mi sie jednak, ze aranzacja wybiegu miala przede wszystkim cieszyc oko gosci hotelowych.
Tak czy owak lwy mialy sie dobrze, czemu daly nader jednoznaczy wyraz, oddajac sie uciechom milosnym w szklanym tunelu, pod ktorym wlasnie stalismy. Jakby nie było, Vegas to nie tylko stolica mamony, ale takze uciech cielesnych. Wiec czemu lwy mialyby sobie zalowac? :-)

Po zmroku odbylismy przejazdzke Stripem, okiem kamery rejestrujac palete jego barw i atrakcji. Goraco zapraszamy do niemego kina bez zblizen na kierowce :-)

Czym bylby pobyt w Vegas, bez wizyty w jednej z Wedding Chapels, kaplic, w których bez zbednych formalnosci, szybko, latwo i przyjemnie mozna wziac slub? Postanowilismy pojsc na calosc i wpasc do drive-thru Wedding Chapel, w ktorej akty slubu rozdaja rownie sprawnie jak hamburgery w Mc`Drive. Jako ze akt slubu juz posiadamy, a na nadmiar gotowki nie narzekamy, odpuscilismy sobie ta atrakcje, ograniczajac sie do zwiedzenia kaplicy. Obok okienka szybkiej obslugi znajdowalo sie wejscie do wlasciwej kaplicy, w ktorej udziela sie "tradycyjnych" slubow. Mimo, iz nie bylismy zainteresowani uslugami oferowanymi w tymże przybytku, obsluga pozwolila nam rozejrzec sie w srodku. Jedna pani, ktorej roli nie odgadlismy, zapytala, czy jestesmy już malzenstwem. Wypytala nas o nasza podroz poslubna, pozyczyla wszystkiego najlepszego na dalsza droge zycia i podarowala 2 miniporadniki na przyszlosc. Ja dostalam kilka slow o milosci, a Stas liste przykazan dla meza. Gdy Stas odwazyl sie zapytac, gdzie sa przykazania dla zony, pani odpowiedziala, ze na drugiej stronie kartki. Druga strona kartki byla jednak pusta :-)

Tego samego wieczoru postanowilismy skorzystac z rozrywek naszego hotelu. Stratosphere posiada wysoka na 350 m wieze widokowa, na szczycie ktorej znajduje sie maly park rozrywki z wieza cisnien wyrzucajaca pasazerow 48 m w powietrze. Dodatkowa atrakcja jest X-Scream, wypychajacy pasazerow poza krawedz budynku oraz Insanity, maszyna wirujaca  także poza krawedzia budynku ponad 300 m nad ziemia. Nie wiem, co sie z nami stalo, ale nie skorzystalismy z zadnej z tych atrakcji. Tego wieczoru wystarczylo nam mojito.

Zachwyceni panorama Vegas zjechalismy na dol do kasyna, by sprobowac szczescia przy automatach. Juz pierwszy przerosl nas i okazal sie zbyt skomplikowany. Przenieslismy sie na jednorekiego bandyte, do ktorego obslugi wystarczyl otwor na pieniadze, dwa guziki oraz wajcha wprawiajaca maszyne w ruch. Za kazdym razem inwestujac dolara, w pewnym momencie mialam na koncie juz 14. Ale poniewaz apetyt rosnie w miare jedzenia, odeszlam z niczym. Stas wygral w sumie 4 dolary. Koncowy rachunek wynosil zatem -6 dolarow. Plus niezapomniane wrazenia i niezwykle cenna nauczka na przyszlosc :-)

W ten oto spektakularny sposób zakonczylismy przygode z Vegas.W sobote z samego rana ruszamy na spotkanie z Dolina Smierci.
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: