Wypad na wyspy Hamilton i Whitsunday

Trip Start Apr 29, 2011
1
197
215
Trip End Feb 01, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of Australia  , Queensland,
Wednesday, December 28, 2011

 Byl to dzien pelen niewiadomych. Po pierwsze nie wiedzielismy, czy jedziemy w ogole na wyspy czy nie... Wczoraj jak sie okazalo spadlo 75mm deszczu w dwie godziny! Rano bylo co prawda pochmurno, ale od czasu do czasu przeswitywalo niesmialo slonce. Okazalo sie, ze autokar jednak po nas przyjechal i zabral do portu gdzie czekal juz prom. Na nasza pierwsza wyspe (Hamilton Island) plynelismy pol godziny. Zdazylismy tylko zjesc tosta i napic sie kawy, a juz cumowalismy.

Przygotowani bylismy na to, ze wyjdziemy na piach a dookola nas bedzie kilka domkow, basen i lezaki. I mile sie zdziwilismy- wyspa ma klimatyczny port w ktorym „parkuje" wiele paromilionowych jachtow i motorowek.

Obsadzona jest tez niezliczona iloscia palm, wsrod ktorych poukrywane sa duze i male hotele. Po wyspie poruszac sie mozna badz na pieszo, lub jak ktos jest wygodnicki wozkiem golfowym. I jezdza takie zabaweczki po drogach rozwijajac zawrotna predkosc 20km na godzine :) Jak wakacje, to wakacje- nikt sie przeciez nie spieszy...

My przespacerowalismy sie na druga strone wyspy, gdzie znajduje se glowna plaza i basen. Tam spedzilismy dwie godzimy rozkoszujac sie pieknymi widokami, spacerem po piachu i rozmowa ze spotkanymi po drodze ludzmi.

Potem podreptalismy znowu do portu, wypilismy kawe w pobliskiej knajpce i znowu wsiedlismy na prom.

Tym razem wyruszylismy na Whitsunday Island, a dokladnie na White Haven Beach. Wyspe te odkryl Cook, a ze stalo sie to w jakies swieto religijne, to nadal nazwe wyspie wlasnie od tego swieta, i tak juz zostalo...

Po zachodniej stronie wyspy (i tylko tam) znajduje sie wspaniala plaza skladajaca sie z bialego i drobnego jak maka piasku (dzisiaj bylo pochmurno i wrazenie nie bylo az takie silne). Po posilku przewieziono nas na wyspe i mielismy 2 godzimy czasu, aby docenic w jak pieknym miejscu sie znalezlismy.

Woda byla cudownie ciepla, bialy piach i tylko brakowalo nam blekitu nieba... Niestety nie mozna miec wszystkiego i trzeba  brac co daja. Na szczescie nie pojawily sie zadne meduzy, ale i tak ubaw mialam konktetny patrzac na ludzi poubieranych w lycrowe kostiumy, w ktorych do zludzenia przypominali teletubisie (ja nie, ja w swoim robie za foke). Marianowi brakowalo tylko czerwonej torebki do kompletu :)

Poszalelismy w wodzie, Nell bardzo sie irytowala na zasolenie ( w basenie mozna sie wody napic i nie drapie w gardle) i fale ktore non stop wpadaly jej do buzi, ktora oczywiscie sie nie zamykala... W pewnym momencie nie wytrzymala i wrzasnela do mnie bardzo poirytowana: „kto posolil tak wode? Chyba jakies brudasy!” Nie dala sobie wytlumaczyc, ze tak juz jest z morzem ze jest slone- wedlug niej ktos specjalnie rozsypal sol...

Na szczescie staly lad nie przywital nas deszczem jak wczoraj i dopiero teraz (poznym wieczorem) wieje jakby sie ktos powiesil. Co chwila tylko sluchac huk spasajacego na ziemie kokosa (lub na dach, jak ktos malo rozwaznie postawil sie pod palma).

Jutro wyjezdzamy, ale wyspy WhitSunday wpisuje na liste do zobaczenia na pozniej. Tym razem pod pozycja- przyjechac tu z lodka... :)
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: