W koncu dotarlismy do Queensland
Trip Start
Apr 29, 2011
1
155
215
Trip End
Feb 01, 2012
Pornek obudzil nas kakofonia spiewow- ptactwo po prosu wychodzilo z siebie zeby nas obudzic.
Zebralismy sie szybko (nie odpinalismy samochodu na noc) i w drodze bylismy okolo 8 rano. Temperatura jednak siegala juz 35 stopni. Jechalismy kolejne 400km przez wyschniete na wior przestrzenie. Czasami widzielismy jakies pagorki, ale w zasadzie byly to puste pola, czasami porosniete krzakami w wiekszosci jednak wyschnieta trawa. Jedynymi punktami powtarzajacymi sie byly przejazdy pomiedzy granicami pastwisk. Wtedy to przejezdzalismy przez waskie i wyboiste bramki. Krowy szwedaly sie nieustannie i trzeba ich bylo wygladac i miec noge gotowa w kazdej chwili do hamowania.
Po drodze spotkalismy tez nieoczekiwanie grupe brolg. Co one robily na pustynii? Az trudno bylo uwierzyc, a jednak faktem bylo, ze przechadzaly sie dostojnie pomiedzy stadem krow. Ile ja sie ich nawygladalam na rozlewiskach w Kakadu i nic, a tutaj prosze....
Ostatnie 180km jechalismy mala lokalna drozka. Przeechalismy przez aborygenskie miasteczko Urandangie, bylo ladne i zadbane. Aborygeni ktorych mijalismy po drodze zachowywali sie bardzo przyzwoicie, zjezdzali nam z drogi i przyjaznie machali- co bylo przyjemna odmiana po Alice Springs.
Okolo 4 po poludniu dotarlismy do Mt Isa. Spodziewalismy sie miasta podobnego do Port Hedland, ale to co zobaczylismy przyjemnie nas zaskoczylo. Pieknie polozone zadbane miasteczko, nad ktorym kroluje kopalnia.
Mielismy troche problemow zeby znalezc kamping, odnalezlismy go w koncu na obrzezach miasta, w cichym zakatku z widokiem na pobliskie gory. Zostajemy tu dwa dni, chcemy zobaczyc kopalnie z bliska.
Zebralismy sie szybko (nie odpinalismy samochodu na noc) i w drodze bylismy okolo 8 rano. Temperatura jednak siegala juz 35 stopni. Jechalismy kolejne 400km przez wyschniete na wior przestrzenie. Czasami widzielismy jakies pagorki, ale w zasadzie byly to puste pola, czasami porosniete krzakami w wiekszosci jednak wyschnieta trawa. Jedynymi punktami powtarzajacymi sie byly przejazdy pomiedzy granicami pastwisk. Wtedy to przejezdzalismy przez waskie i wyboiste bramki. Krowy szwedaly sie nieustannie i trzeba ich bylo wygladac i miec noge gotowa w kazdej chwili do hamowania.
Po drodze spotkalismy tez nieoczekiwanie grupe brolg. Co one robily na pustynii? Az trudno bylo uwierzyc, a jednak faktem bylo, ze przechadzaly sie dostojnie pomiedzy stadem krow. Ile ja sie ich nawygladalam na rozlewiskach w Kakadu i nic, a tutaj prosze....
Ostatnie 180km jechalismy mala lokalna drozka. Przeechalismy przez aborygenskie miasteczko Urandangie, bylo ladne i zadbane. Aborygeni ktorych mijalismy po drodze zachowywali sie bardzo przyzwoicie, zjezdzali nam z drogi i przyjaznie machali- co bylo przyjemna odmiana po Alice Springs.
Okolo 4 po poludniu dotarlismy do Mt Isa. Spodziewalismy sie miasta podobnego do Port Hedland, ale to co zobaczylismy przyjemnie nas zaskoczylo. Pieknie polozone zadbane miasteczko, nad ktorym kroluje kopalnia.
Mielismy troche problemow zeby znalezc kamping, odnalezlismy go w koncu na obrzezach miasta, w cichym zakatku z widokiem na pobliskie gory. Zostajemy tu dwa dni, chcemy zobaczyc kopalnie z bliska.


