Traveling is a morning business

Trip Start Feb 05, 2010
1
18
25
Trip End Mar 03, 2010


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow
Where I stayed
Ralph's Guesthouse

Flag of Philippines  , Palawan,
Tuesday, February 23, 2010

5:30- pobudka. Idę po omacku się wykąpać. Nie chce budzić reszty, niech mają te 10 minut snu więcej. Wody brak. No przecież pompę włączają po 6stej. Świetnie, że tak wcześnie wstałam.

Idę się pakować, mam czas do 6stej, wtedy wyłączą prąd, a o tej porze tutaj jest nadal ciemno.

Życie na Palwanie jest zgodne z naturą i rytmem pracy generatorów. Każdy obiekt ma swój własny, a miasto własne. Co jakiś czas siada prąd w całym El Nido, ale wszyscy podchodzą do tego już ze stoickim spokojem. Brak wody, czy zimna woda, do tego też zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ma to swój urok…

W połowie pakowania gaśnie światło, idę się po ciemku kąpać. O wesoło! Zimny prysznic to nie jest to, co misie lubią najbardziej! Ale o tej porze to już mi wszystko jedno.

Pakowanie pełną parą. Wczoraj nie zdążyliśmy tego zrobić. Śniadanie z opóźnieniem. Taksówki trycykle już na nas czekają. Podczas drogi trycykl B zakopuje się w piachu, mam niezłą radochę patrząc jak Panowie go wypychają.

Dojeżdżamy do portu, statku Jesabel jeszcze nie ma. Czekamy, słońce przypieka. Już drobna godzina spóźnienia, a ja czekam na ogłoszenie, że rejsu do Coron nie będzie.

No i jest- taka większa łódka typu bangka, piękna nazwa nie koniecznie koresponduje ze stanem łodzi. Oprócz nas jadą wielkie beczki z benzyną. Mamy je na dziobie, gdzie co jakiś czas ktoś pali fajka. Mała łódka bangka jedzie na bocznych płozach Jesabel. Nie wiem, czy to dwuosoba szalupa ratunkowa dla obsługi, a my mamy dryfować w naszych kapoczkach na wypadek wypadku? Czy jest to forma przewozu towaru?

Ruszamy, i już po pół godzinie zaczyna się rotacja miejsc.

Siedzimy na przodzie łódki, która jest zadaszona. Włoszka opala się na deskach spełniających funkcję trapu a opartych na płozach naszej bangki. B leży po przeciwnej stronie, ale w cieniu. Widzę jego nogę, więc jeszcze płynie z nami. Jak mu się przyśnie i będzie chciał się obrócić to spędzimy resztę wakacji osobno.

Różne pozycje snu i konfiguracje. Ogólnie pobojowisko. Ktoś leży na pokładzie, reszta śpi na siedzeniach, trapach.

W takiej podróży sen na pokładzie, na którym w Polsce bym pewnie nawet nie siadła, jest całkiem naturalny. Kładę kapoczek, potem książka, dłoń. Widok na beczki z benzyną, morze i zardzewiałą kotwicę. Ale fajnie, dobranoc!

Na dachu jeden z pracowników z synem w wieku nie więcej niż 5 lat. W krajach, przez które podróżujemy podejście do dzieci jest inne. Są one na co dzień bliżej rodziców. Wydaje się to normalne, że tatuś wpada do pracy z dzieckiem. Na przykład w Angor Watt strażnik bawił na rękach bobasa, a tutaj facet przyszedł z synem do roboty na Jesabel.

Mały w mini klapeczkach wychyla się przez burtę-mamy ciarki na plecach, wszyscy oprócz tatusia malca, potem drepcze po trapach bocznych, albo na koniec ląduje w ramionach kolegów taty. Czułościom nie ma końca.

Co jakiś czas unosi się nad nami filipińska nuta. Miejscowi uwielbiają śpiewać, i ich przeboje ozdabiają wiele z naszych podróży. Można by to nazwać nostalgicznym zawodzeniem, które uspokaja i trafia prosto w serce.

Po siedmiu godzinach dopływamy.

Nasza rezerwacja w hotelu została anulowana. Znajdujemy pokoje w centrum Coron, pomiędzy najbardziej ruchliwymi ulicami. Hałas trycykli i innych pojazdów jest niesamowity. Mamy pokój na samym dachu, gdzie właśnie przedsiębiorczy właściciel guesthouse'u-June (a naprawdę Oskar) buduje miejsce na bar. Jest więc gdzie usiąść. Widok jest na morze, miasto, i plac budowy na dachu. Miejsce jest dość urocze. Każdy pokój ma własną nazwę pochodzącą od imienia, pierwszego lub drugiego, dzieci Juna. Do tego jest tutaj mnóstwo bibelotów, zdjęcia rodzinne, pluszaki na podłodze, milion poduszek. Zamierzeniem jest, abyśmy czuli się jak w domu.

Tylko ten hałas! Ja chcę do chatki na plaży!
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: