Hej przygodo!
Trip Start
Feb 05, 2010
1
15
25
Trip End
Mar 03, 2010
Where I stayed
Dlaczego musimy znowu wstawać o piątej rano? Ta pora pobudki jakoś nas prześladuje. Ustawione tury na prysznic, zamówione śniadanie, a rezerwacja miejsc w Jeepney'u zrobiona- tak, takie szczegóły mamy ogarnięte.
Kwater w El Nido niestety nie mamy- nic nie udało się nam zarezerwować. Wszyscy wokół mówią, że bez rezerwacji to będzie ciężko, podobno dziki tłum, szczególnie ze względu na Chiński Nowy Rok. Wszyscy ekspaci pracujący w Chinach robią sobie urlop, no i do tego sami Chińczycy znacznie podnoszą statystyki.
Pakowanie po ciemku, prądu jeszcze nie włączyli. Jeepney po nas podjeżdża, prawie jak taksówka. Wciskamy się na ławkę za kierowcą, to miejsca dla VIPów;) Za nami są dwie ławki wzdłuż ciężarówki.
Zanim wyjechaliśmy z Port Barton pół godziny krążyliśmy po ulicach i zbieraliśmy lokalnych. Zabrakło już miejsca, więc część ludzi stała, a mała dziewczynka wylądowała obok kierowcy wciśnięta między drzwi i kierownicę. Firmy produkujące krzesełka dla dzieci tutaj jeszcze nie dotarły.
Tym czasem, kierowca zbierał listy dla mieszkańców innych wiosek, listy zakupowe i kasę. Niby autobus, ale i listonosz, a za leclerca też robi. Na dachu nasze bagaże przywiązane sznurkami, zaraz do tego doszły gałęzie, bambus, a z czasem pompa, miliony pudel, no i tylko świniaka żywego brakowało (to nie żart).
Panów obsługujących przestrzeń dachową było trzech. Funkcja ta prostą nie jest, bo z każdym przystankiem fanty dochodzą, to trzeba wszystko przywiązać, do tego w związku z brakiem miejsca w środku, ludzie wsadzani są na dach.
No i tak jechaliśmy, całkiem spokojnie. W Roxas musieliśmy zmienić Jeepney’a, no i tutaj rezerwacji już nie mieliśmy. Auto całe pełne. Dach nam groził, ale my jesteśmy spaleni słońcem po wczorajszym Island Hopping, więc po 5 godzinach na dachu do szpitala moglibyśmy prosto jechać.
A tutaj taki mały myk… kierowca dokłada dechy w przejściu między ławkami i już mamy gdzie siedzieć.
Siedzę więc na grzędzie między dwoma Filipińczykami. Przemili, bo co przysypiam i się budzę, chcą się zamienić na miejsca, abym mogła oprzeć się rękami na siedzeniu przede mną i spać. Ja dziękuję, bo nie potrafię chyba tak usnąć. Z uporem maniaka, więc śpię na siedząco kiwając się na różne strony. Udało mi się nie skończyć na ramieniu z żadnego z sąsiadów.
Nad głową kwili mi pudełko pełne kurczątek. Co jakiś czas walenie w dach, to sygnał do zatrzymania się, ktoś wsiada, bądź wysiada. Proste?
Jedziemy – jest czym oddychać, stajemy – od razu duchota. Kurz wali oknami. Piasek skrzypi w zębach. Lokalni już przygotowani, mają ręczniki do zakrywania twarzy, i kaptury. My powoli obrastamy w brud.
Nasze bagaże jeszcze w większym kurzu na dachu, do tego obsługa i pasażerowie po nich chodzą.
Jeepney załadowany, ledwo pod górę ciągnie, ale radę daje bardzo dzielnie.
Podróż trwa prawie siedem godzin, a do pokonania mamy tylko 200 km drogi szutrowej.
Dobry jest koniec. Stopniowo lokalni wysiadają, i tak co 15 metrów w każdej wiosce. Kierowca wysadza każdego indywidualnie pod domem. Cały autobus staje, wypakowanie bagaży, Filipińczyk wysiada, kurz wali nam do środka, jedziemy dalej i za minutę znowu od nowa.
Dojechaliśmy do El Nido. Trycykl nas już przejmuje. Dla nie wtajemniczonych to motorek z dobudowaną z boku częścią pasażera. Przed nami wyzwanie – znajdź kwatery, jak ich tutaj nie ma. Po godzinie oglądania najróżniejszych dziur i pałacy, już z myślą, że wylądujemy w najbliższej El Nido wiosce- Corong Corong, znajduje się pokój z tarasem, z widokiem na zatokę Bacuit, no i widać trochę morze. Jest genialnie!
Tutaj właśnie powstał ten wpis.
Kwater w El Nido niestety nie mamy- nic nie udało się nam zarezerwować. Wszyscy wokół mówią, że bez rezerwacji to będzie ciężko, podobno dziki tłum, szczególnie ze względu na Chiński Nowy Rok. Wszyscy ekspaci pracujący w Chinach robią sobie urlop, no i do tego sami Chińczycy znacznie podnoszą statystyki.
Pakowanie po ciemku, prądu jeszcze nie włączyli. Jeepney po nas podjeżdża, prawie jak taksówka. Wciskamy się na ławkę za kierowcą, to miejsca dla VIPów;) Za nami są dwie ławki wzdłuż ciężarówki.
Zanim wyjechaliśmy z Port Barton pół godziny krążyliśmy po ulicach i zbieraliśmy lokalnych. Zabrakło już miejsca, więc część ludzi stała, a mała dziewczynka wylądowała obok kierowcy wciśnięta między drzwi i kierownicę. Firmy produkujące krzesełka dla dzieci tutaj jeszcze nie dotarły.
Tym czasem, kierowca zbierał listy dla mieszkańców innych wiosek, listy zakupowe i kasę. Niby autobus, ale i listonosz, a za leclerca też robi. Na dachu nasze bagaże przywiązane sznurkami, zaraz do tego doszły gałęzie, bambus, a z czasem pompa, miliony pudel, no i tylko świniaka żywego brakowało (to nie żart).
Panów obsługujących przestrzeń dachową było trzech. Funkcja ta prostą nie jest, bo z każdym przystankiem fanty dochodzą, to trzeba wszystko przywiązać, do tego w związku z brakiem miejsca w środku, ludzie wsadzani są na dach.
No i tak jechaliśmy, całkiem spokojnie. W Roxas musieliśmy zmienić Jeepney’a, no i tutaj rezerwacji już nie mieliśmy. Auto całe pełne. Dach nam groził, ale my jesteśmy spaleni słońcem po wczorajszym Island Hopping, więc po 5 godzinach na dachu do szpitala moglibyśmy prosto jechać.
A tutaj taki mały myk… kierowca dokłada dechy w przejściu między ławkami i już mamy gdzie siedzieć.
Siedzę więc na grzędzie między dwoma Filipińczykami. Przemili, bo co przysypiam i się budzę, chcą się zamienić na miejsca, abym mogła oprzeć się rękami na siedzeniu przede mną i spać. Ja dziękuję, bo nie potrafię chyba tak usnąć. Z uporem maniaka, więc śpię na siedząco kiwając się na różne strony. Udało mi się nie skończyć na ramieniu z żadnego z sąsiadów.
Nad głową kwili mi pudełko pełne kurczątek. Co jakiś czas walenie w dach, to sygnał do zatrzymania się, ktoś wsiada, bądź wysiada. Proste?
Jedziemy – jest czym oddychać, stajemy – od razu duchota. Kurz wali oknami. Piasek skrzypi w zębach. Lokalni już przygotowani, mają ręczniki do zakrywania twarzy, i kaptury. My powoli obrastamy w brud.
Nasze bagaże jeszcze w większym kurzu na dachu, do tego obsługa i pasażerowie po nich chodzą.
Jeepney załadowany, ledwo pod górę ciągnie, ale radę daje bardzo dzielnie.
Podróż trwa prawie siedem godzin, a do pokonania mamy tylko 200 km drogi szutrowej.
Dobry jest koniec. Stopniowo lokalni wysiadają, i tak co 15 metrów w każdej wiosce. Kierowca wysadza każdego indywidualnie pod domem. Cały autobus staje, wypakowanie bagaży, Filipińczyk wysiada, kurz wali nam do środka, jedziemy dalej i za minutę znowu od nowa.
Dojechaliśmy do El Nido. Trycykl nas już przejmuje. Dla nie wtajemniczonych to motorek z dobudowaną z boku częścią pasażera. Przed nami wyzwanie – znajdź kwatery, jak ich tutaj nie ma. Po godzinie oglądania najróżniejszych dziur i pałacy, już z myślą, że wylądujemy w najbliższej El Nido wiosce- Corong Corong, znajduje się pokój z tarasem, z widokiem na zatokę Bacuit, no i widać trochę morze. Jest genialnie!
Tutaj właśnie powstał ten wpis.



Comments
a gdzie zdjecie z tego tarasu? :-) Ale Wam fajnie. wszystkie przyziemne problemy (np. zalanie swiezo wyremontowanego mieszkania) macie gdzies daleko za soba ...