Rama rama i nie ma rzeczy niemożliwych z LO3

Trip Start Unknown
1
25
41
Trip End Ongoing


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of Poland  , Lower Silesian Voivodeship,
Monday, January 28, 2013

   Ferie zimowe w tym roku zapowiadały się mało śnieżnie. Akurat miała nadejść zapowiadana od dawna odwilż. 28.01.13r pojawiłam się na Dworcu Głównym we Wrocławiu, o bladym świcie oczywiście (no bo kto już o 6:30 w ferie jest na nogach?), aby wyruszyć w moją pierwszą podróż z Trójkowym Klubem Turystycznym. Celem było Międzygórze, malowniczo położona miejscowość w Sudetach Wschodnich. Szybko, wbrew moim wcześniejszym obawom, odnalazłam grupę. Pan uznał, że jesteśmy w czymś rekordzistami, bo 5 osób stało w 3 różnych grupkach. Widać było więc, że nie jesteśmy zgraną grupą, ale bardzo szybko się to zmieniło.
    Gdy dotarliśmy do ośrodka wszyscy ubraliśmy się w nieco bardziej zimowe ubrania, ponieważ zaskoczyły nas zaspy. Przy samym wjeździe do Międzygórza dało się poczuć klimat gór, które wszyscy kochamy. Szum wodospadu było słychać z najdalszych zakątków miasteczka (może to dlatego, że prawie wszędzie płynął potok), a pod nogami chrupał śnieg. Biało wszędzie, coś niesamowitego (w języku trójkowiczów można powiedzieć, że „osom").

Wyruszyliśmy w pierwszą podczas tego zimowiska wyprawę. Najpierw było jakiś czas płasko. Korzystając ze śniegu po kolana chłopcy postanowili zagrać w 'słonia'. Wyglądało to bardzo zabawnie, zwłaszcza kiedy słoń został zniszczony poprzez skok ostatniej osoby i wszyscy wylądowali na ziemi. Potem było w dół. Część z nas sturlała się ze stoku z wielką gracją, kolejna część znalazła dróżkę prowadzącą na około, a jeszcze innej części bardzo przydały się kije i dobre, nie ślizgające się buty. Dotarliśmy do zapory wodnej. Urządzona została wielka bitwa na śnieżki, o ile się nie mylę, nie rozstrzygnięta.  Dalej było już tylko pod górę. Po drodze wiele razy zostawało się obsypanym śniegiem z drzew (plusy bycia na końcu są takie, że cały śnieg z drzew został strącony wcześniej). Bardzo umilało to podróż. Po długiej wspinaczce ujrzałam schronisko. Jeszcze większy uśmiech zagościł na moich ustach i pomimo zmęczenia (mieszkanie na parterze robi swoje) wtargnęłam do środka. Nie obyło się bez ciepłej herbaty z cytrynką, a większość osób zjadła naleśniki, które podobno również były „osom”.  Było jeszcze za wcześnie, aby schodzić na dół, tak więc należało zarządzić spaceru ciąg dalszy. Wszyscy już prawie wyschli, trzeba było więc to zmienić rzucając się na losowo wybraną ofiarę i robiąc ‘kanapkę’! Aż szkoda, że nie dało się jej zjeść. Tym razem szliśmy trochę pod górę, trochę w dół, a trochę po płaskim. Taki mix. Na pewnej białej polance wydeptany został wykres pewnej funkcji trygonometrycznej (możliwe, że był to sinus). Prawie dotarliśmy też do nieskończoności. Na jednym z odpoczynków odbyły się zawody w rzucie kłodą (?), a także zapasy na drewnianym balu („a to za sprawdzian!”). Następnie zaczęliśmy schodzić w dół, w dół… I dotarliśmy aż pod samego Giganta, czyli nasze miejsce do (nie)spania przez najbliższy tydzień. Tam też nastąpiło rozlokowanie w pokojach i, co za tym idzie, rozpakowanie plecaków, a także chwila odpoczynku. Po chwili relaksu, wciąż pełni energii zbiegliśmy na długo wyczekiwany obiad. Jakość wyżywienia niezbyt pozytywnie nas zaskoczyła, jednak po długim marszu zje się dokładnie wszystko. Po obiedzie spotkaliśmy się w świetlicy. Zostało postawione przed nami trudne zadanie podzielenia się na grupy do gier wszelkiej maści i rasy. Ułatwić (hmm…) miały nam to przygotowane przez opiekunów kotyliony. Część udało się odgadnąć od razu, ale kilka zajęło nam dużo czasu. Były jednak bardzo łatwe, oczywiste wręcz, jeśli porównać je do tych z kolejnego wieczoru, ale o tym potem. Graliśmy m.in. w Scrabble, Jengę, Osadników, 7 cudów świata i wiele, wiele innych. Rozpoczęliśmy również wywołujące później wiele emocji ‘Zabijanie’. Ja już tego samego wieczoru zginęłam dzięki suszarce do włosów („Nie będziesz nigdy więcej suszył butów!”). Do jednych z zabawniejszych zginięć należało także to Grzesia Smoły (zabiły go 2 nogi od kurczaka), ostatnie słowa Julki („Dzisiaj śpisz na podłodze!”), czy też pełna poświęcenia śmierć Szefa (zabił go plecak, w którym niósł koszulki dla nowych weteranów). Po grach uznaliśmy, że wypada iść spać. Była to jedna z niewielu nocy, w której większość z nas spała we własnych łóżkach.

Drugi dzień rozpoczęliśmy oczywiście śniadaniem. Mnie osobiście nic tak bardzo nie kojarzy się z wycieczkami szkolnymi, jak zupa mleczna. Mieliśmy chwilę na przygotowanie się i wyruszyliśmy na kolejny spacer. Tym razem w planach było przejście obok wyciągu „u Bolka”, potem trochę na około – przez góry – do Nowej Wsi, a stamtąd z powrotem do Międzygórza. Odwilż nie zdążyła jeszcze do nas dotrzeć, śniegu było pełno i absolutnie nie wyglądało na to, że zacznie go ubywać (chociaż doszły mnie słuchy, że we Wrocławiu już zaczęło). Niedługo po wyjściu z ośrodka wysłuchaliśmy opowieści o Mariannie Orańskiej, która jest jedną z najbardziej zasłużonych dla rozwoju Dolnego Śląska i Ziemi Kłodzkiej, postacią. Szybko, tak jak było w planie, dotarliśmy do Ranczo „u Bolka”. Następnie malowniczą, całą białą drogą, która w pewnym momencie wchodziła w las, szliśmy przed siebie rozmawiając, śmiejąc się i wspominając poprzednie wyjazdy. Dowiedziałam się od Pana Profesora Ojca jak zauważyć, że w miejscu polany stały kiedyś osady ludzkie. Sposób jest bardzo prosty – jeśli rosną tam drzewa owocowe, to znaczy, że dawniej tętniło tam życie. W pewnym momencie droga zaczęła piąć się w górę. Pięła się, pięła, pięła… A końca nie było widać. Śnieg był coraz głębszy, pora coraz późniejsza. Ja nauczyłam się, że gdy bardzo chce się pić, to czysty śnieg jest bardzo korzystną opcją. Smakuje nawet lepiej niż niektóre wody mineralne. Gdy tył (czyli akurat tym razem ja) dogonił przód, postanowione zostało, że schodzimy. Nie było tam co prawda szlaku, ale całkiem przyjemnie szło się po śniegu w dół. Kilka razy przecinaliśmy zamarznięty strumień. Ostatnie zejście to zeskok z wysokiej skarpy. Co to dla nas!? Za moment byliśmy na dole. Ja nieco opadłam z sił i zaczęłam się przewracać co krok, ale w miarę twardo szłam dalej. Jeśli było słychać jakieś marudzenie, to był to raczej śmiech i brak wiary w to, że można się tyle razy przewrócić w ciągu minuty. Szłam tak dopóki nie pojawiła się przede mną prawie pionowa ściana, na którą trzeba było się wspiąć. Tutaj, gdyby nie pomocna dłoń (i kijki) Myśliwego oraz później kilku innych osób, nie dałabym sobie rady. Potem było już całkiem płasko, co zwiastowało, że jednak dotrzemy do celu. W tym momencie uznałam, że jednak nie ma rzeczy niemożliwych i gdy już nie mogę iść, to wystarczy jakaś miła i pomocna osoba obok, i okazuje się, że mam jeszcze jakieś wewnętrzne pokłady energii. W Nowej Wsi większość z nas napadła na niewielki sklep i kupiła sobie coś do picia lub jedzenia (albo i to, i to), ponieważ do Międzygórza zostały jeszcze 3 kilometry drogi.  Dotarliśmy pod Giganta, tradycyjnie odśnieżyliśmy buty i większość z nas rzuciła się na łóżka, aby chwilę odpocząć przed obiadem. Po pożywieniu się i chwili odpoczynku znów spotkaliśmy się w świetlicy. Tym razem kotyliony przysporzyły nam więcej trudności, a przygotowane były przez część uczestników zimowiska! Po jakimś czasie metoda kojarzenia zamieniła się w metodę zgadywania. Ostatecznie poddaliśmy się. Okazało się, że Hare Kryszna i kanapkę łączy słowo „rama” (nie tak jak przypuszczaliśmy „wschód”, albo chociaż „słońce”!), a „hajduk” to słowo użyte w piosence O-zone popularnie znanej głównie jako „Ma-ia-hii, Ma-ia-huu, Ma-ia-haa”. Te dwa powiązania śmieszyły nas przez kolejne dni i stały się tematem wielu interesujących rozważań. Po grach przyszedł czas na śpiewanie, które całkowicie wyeliminowało moje zmęczenie (aczkolwiek umierałam z uśmiechem na ustach). Uznaliśmy wspólnie, że nasza dzisiejsza wyprawa jest trochę jak z „Debilnej Piosenki” : „Debilna piosenka, sama się śpiewa, sama się pamięta,

Piosenka wariata,  który pionowo w kółko lata.

Bo jak inaczej nazwać idiotę, co pod górę wchodzi, żeby zaraz zejść z powrotem,

To maniak, bez wahania,

Opętała go mania wspinania!

(...)

Z góry, pod górę, z góry, pod górę, z góry, pod górę, czasem w dół!”

Trzeci dzień również rozpoczęliśmy śniadaniem (w końcu to najważniejszy posiłek dnia). Mieliśmy przed sobą wizję wchodzenia na Śnieżnik. Szef jednak zarządził dzień suszenia i odpoczynku, ponieważ odwilż dotarła nawet do Międzygórza. Za oknem wszystko, dosłownie, pływało. Zabraliśmy się więc za gry i zabawy. Kilka partii w 7 cudów świata, Scrabble i budowa potęgi w Osadnikach przywróciły nam siły. Zagraliśmy również w państwa-miasta. Kategorie były bardzo interesujące, np. „państwo bez dostępu do morza” (niestety nikt nie znalazł takiego, które rozpoczynałoby się na „o”), „most we Wrocławiu”, „skrót organizacji”, „geometria”, „film z głównym bohaterem nie człowiekiem”, „marka napoju” i kilka innych. Powstało także kilka interesujących homonimów (a jeszcze bardziej interesujące były ich wyjaśnienia), często słyszeliśmy głosy sprzeciwu, a czasami prawie jednogłośnie zostały zaliczane (np. sałata jako pieniądze oraz jako warzywo). Przed obiadem część z nas udała się na krótki spacer, aby rozprostować kości, ale większość wybrała kolejną partię w 7 Cudów Świata. Po zjedzeniu mieliśmy czas na odpowiedzenie na trudne pytania ankiety do „Familiady”. Następnie odbył się niespodziankowy koncert bluesowy w kawiarni. Pan Profesor Ojciec otrzymał nawet od tajemniczego fana cytrynę za grę na harmonijce ustnej! Turas natomiast został nowym weteranem TKT! Późnym wieczorem udaliśmy się do pokoju 141 , aby wspólnie pośpiewać.

Dzień czwarty rozpoczęty tradycyjnie śniadaniem, to dzień wyprawy na Śnieżnik. Nie mogę o nim zbyt wiele powiedzieć, bo niestety  wszystko mnie ominęło z powodu złego samopoczucia i bolesnego kaszlu. Zostałam w ośrodku po bardzo korzystnym handlu – wymieniłam suszarkę na laptopa. Z opowieści wiem tylko, że na szczycie Grzegorz Smoła dzierżył z nadzieją flagę Polski, na Michale zrobiono kanapkę, a spacer jest zaliczany do bardzo udanych. Podczas zimnego wiatru, 4 nowych weteranów – Michaux, Jaro, Dominiczka i Miłosz, musieli rozebrać się, aby założyć nowe koszulki. Powiało chłodem, ale myślę, że uśmiech ani na chwilę nie zniknął z ich ust. Może ktoś chciałby uzupełnić moje braki i opisać ? J Po południu graliśmy w długo oczekiwaną Familiadę. Nie obyło się bez dowcipów prowadzącego. Jedną z najbardziej zaskakujących odpowiedzi była nazwa klubu piłkarskiego „Hajduk”, która została uznana. Ach, te kotyliony. Ponadto wydało się, że darzę miłością pewien parasol, a tak długo udawało mi się to ukryć…! Było kilka odpowiedzi w stylu „rama,rama?”. Dowiedzieliśmy się także, że postacią pomnikową może być Grzegorz Smoła. Nie mieliśmy pomysłu na nagrodę dla wygranych, ale może to i lepiej, bo podobno ostatnio przygotowywali oni jedzenie. Wieczorem obejrzeliśmy film „Blues Brothers”, a jeszcze później zbiorowo zamulaliśmy w pokoju 141. Podobno poziom „zamuły” przebił ten z Chatki w Wojtówce. To była jedna z tych nocy, kiedy mało kto spał we własnym łóżku. Ale w końcu „spanie jest dla mięczaków”.

Piątego dnia, po (jak myślicie?) śniadaniu, mieliśmy znów perspektywę odpoczynku. Wszystko dlatego, że jeden z naszych kolegów – Paweł „Jaro” – obchodził tego dnia swoje osiemnaste urodziny. A, jako że osiemnastkę obchodzi się tylko raz w życiu, trzeba było przygotować coś „osom”. Zajęła się tym część osób, druga część zatrzymywała go w pokoju tak, aby niczego nie zauważył. Niedługo przed obiadem wszyscy zebraliśmy się w jego pokoju i zaczęliśmy śpiewać „sto lat”, a także częstować ciastem i odczytywać życzenia. Nie był to jednak koniec niespodzianek, ponieważ organizatorzy urodzin przeszli samych siebie. Zarządzony został krótki spacer. Wszyscy wspięli się na szczyt nieopodal ośrodka. Tam czekała już delegacja z przepysznym ciastem. Szczyt został nazwany Szczytem Jara. Sam Jaro dostał flagę, sztandar z naszymi podpisami, a także zostawiliśmy tam słoik z „kroniką szczytową”, do której pierwszy wpisał się właśnie solenizant. Jesteśmy ciekawi, czy ktoś z nas wróci tam za jakiś czas, i czy owa kronika jeszcze tam będzie. Po krótkiej imprezie na górze, złożeniu życzeń i odśpiewaniu pieśni, czas gonił nas na obiad. Jeśli o mnie chodzi to znów przydała się pomocna dłoń, bo zapewne na obiad dotarłabym cała przemoczona i poobijana, a tak – obyło się bez ani jednego upadku. Dziękuję! Po obiedzie zagraliśmy w grę, która miała sprawdzić jak dobrze zdążyliśmy się poznać. Mieliśmy trochę czasu na odpowiedzenie na kilka pytań takich jak „Twoje obowiązki domowe to…”, „Największe zaskoczenie obozowe…”, „Czy można kochać dwie osoby jednocześnie?”. Następnie odpowiedzi były czytane i osoby płci przeciwnej miały zgadnąć, kto ich udzielił. Okazało się to wcale nie takie łatwe (poza kilkoma oczywistymi przypadkami, np. taką jedną osobą, co kocha parasole…), a wiele odpowiedzi było bardzo zabawnych. Następnie śpiewaliśmy na tyle długo, że znów większa część osób zasnęła w pokoju 141. Podłoga, w dobrym towarzystwie, okazuje się być całkiem wygodna. W międzyczasie rozpoczęliśmy drugą turę „Zabijania”. Tym razem zginęłam dzięki mapie, a czołowego zabójcę z poprzedniej tury załatwiły zwykłe klucze.

Kolejny dzień, sobota, został przeznaczony na wyprawę na Czarną Górę. Po śniadaniu (nie mogłam pominąć tego jakże ważnego punktu dnia) ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy w góry. Odwilż dało się zauważyć, ale w nocy znowu padał śnieg i woda na ulicach została nieco zmrożona. Droga była przyjemnie płaska. Nikt nawet nie zauważył, gdy zaczęliśmy iść niebieskim szlakiem pod górę. Znowu tuż przed szczytem zostałam pocieszona słowami mniej więcej takimi - „Już niedaleko, drzewa są coraz niższe, widać niebo i robi się coraz bardziej stromo”. Na szczycie wiało niemiłosiernie, ale nie przeszkodziło nam to we wdrapaniu się na wierzę widokową. Widoki były… piękne. Trochę zamglone, ale piękne... Odśpiewaliśmy tradycyjną pieśń i zeszliśmy na dół. Wiatr nie przeszkodził nam również w zrobieniu kanapki, tym razem na dole był Marchewa. Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Drogowskaz mówił nam „Schronisko PTTK Pod Śnieżnikiem - 80 minut”. Udaliśmy się więc czerwonym szlakiem i dotarliśmy w okolice Przełęczy Śnieżnickiej. Następnie odbiliśmy w nieco mniej uczęszczaną ścieżkę. Szliśmy, a droga pięła się coraz bardziej w górę. Doszliśmy do wniosku, że nie obyło się bez wspięcia się na Średniaka. Następnie trzeba było z niego zejść, co okazało się być kolejnym niełatwym zadaniem brnięcia w śniegu. Ale cóż to dla nas, bez większego problemu daliśmy radę. Na dole urządzony został nawet konkurs skoków narciarskich. Później było już coraz łatwiej – ponownie podążaliśmy znanym nam już czerwonym szlakiem. Dotarliśmy do Giganta zadowoleni i z miłą chęcią zjedliśmy obiad. Następnie część z nas zamówiła pizzę. Niektórzy udali się także na „osom” czekoladę do kawiarni. W między czasie zagraliśmy w mafię. Czekała nas ostatnia z długich, średnio przespanych nocy. Na początku część osób postanowiła obejrzeć Władcę Pierścieni (w planach był maraton, ale zostaliśmy przegonieni przez panią z ośrodka…). Później wszyscy ponownie spotkali się w pokoju 141 i większość została tam na całą noc. Pamiętam głównie, że śpiewaliśmy bluesa o 4 nad ranem, a później zaczęliśmy grać w Twistera. Niestety i ja wpadłam w Objęcia Morfeusza i nie mam pojęcia, co działo się później. Jako jedna z niewielu natomiast spałam w swoim łóżku (nie mogłam przecież zostawić parasola samego…).

   Ostatni dzień, niedziela, wcale nie został przeznaczony na obijanie się. Po śniadaniu (ale byście się zdziwili jakbym teraz tego nie napisała) musieliśmy się w miarę szybko spakować i zrobić porządek w pokojach. Czasem również przemeblowanie (a kto by pamiętał, jak to wszystko stało na początku). Plecaki zostawiliśmy w jednym z pokoi, a sami udaliśmy się w długą drogę. Ponownie odwiedziliśmy schronisko na Iglicznej, w którym powitały nas te same „osom” naleśniki, co na początku, a co najlepsze nadal smakowały tak samo „osom”. Tym razem wchodziliśmy jednak nieco łatwiejszym szlakiem. Czerwonym. Lubię czerwone szlaki. Zresztą mniejsza, bo piszę to sprawozdanie od ponad godziny i zaraz zacznę się nieskładnie wypowiadać, albo wtrącać coś o parasolach. Schodząc z góry znów przydała się mi pomocna dłoń (muszę sobie kupić porządniejsze buty, haha). Wylądowaliśmy po drugiej stronie zbocza. Teraz czekała nas płaska, ale długa i pełna przeżyć droga do Długopola Zdrój – tam mieliśmy pociąg do domu. Podziwiając widoki (tym razem nie zamglone, bo żegnała nas przepiękna, wiosenna pogoda), czasem zapadając się w błocie i podjadając ostatnie zapasy ciastek dotarliśmy do celu. Gdy spojrzeliśmy na swoje buty uznaliśmy, że wreszcie widać, że gdzieś chodziliśmy, bo po śniegu wszystko było czyściutkie. W Długopolu zrobiliśmy oczywiście napad na sklep spożywczy, a potem udaliśmy się na stację. Tam doczekaliśmy się na Szefa z transportem naszych plecaków, a także… pizzą! Nasza radość była nie do opisania (chyba znów mogę użyć słowa „osom”). Pizza oczywiście smakowała „osom”, ale gdy ją zjedliśmy zaczęło nam się robić zimno. Potańczyliśmy więc trochę i pograliśmy w różne gry, a i pociąg nadjechał szybko. Załadowaliśmy się do bagażowego wagonu i zaczęliśmy śpiewanie pożegnalne połączone z zajadaniem przysmaków kupionych w sklepie. Nie mogliśmy uwierzyć, że tak szybko dotarliśmy do Wrocławia.

Na peronie odśpiewaliśmy pieśń pożegnalną, wyprzytulaliśmy się za wszystkie czasy i wszyscy mamy nadzieję na szybkie spotkanie na kolejnej wycieczce. Podsumowując :

 WIARA W LUDZI - ODZYSKANA.

HUMOR - POPRAWIONY.

POZIOM SZCZĘŚCIA - 100%.

POZIOM ABSTRAKCJI - LVL NIESKOŃCZONOŚĆ.

POZIOM WYSPANIA - 0,5 %.

Tak więc na koniec powiem, że było… „osom”!

 

 

 
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: