O tym, jak autobus 600 ryje banię.

Trip Start Unknown
1
15
41
Trip End Ongoing


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of Germany  , North Rhine-Westphalia,
Thursday, July 12, 2012

Czwartek, 12 lipca, zarezerwowany był na przejazd do Bonn, w którym mieliśmy spędzić czas już do końca naszej wyprawy, czyli do poniedziałku. W pociągu jak zwykle nie brakowało śmiechu. Szczęśliwie nie było jak zagrać w Mafię. Przesiadaliśmy się na dworcu w Kolonii. Następnie wsiedliśmy do autobusu linii 600, który towarzyszył nam później przez długi czas. Mozna powiedzieć kolokwialnie, ze "ryje banię" , poniewaz to, co się w nim później działo jest nawet trudne do opisania. Jego trasa była tak potwornie długa, ze nie raz śpiewaliśmy "Panie Janie" na głosy lub graliśmy w "Mój patyczek jest...". Dotarliśmy do schroniska młodzieżowego i zakwaterowaliśmy się w pokojach. Tradycyjne łóżka piętrowe wywołały uśmiech na mojej twarzy.
Po chwili odpoczynku (i kilku partiach w Mafię …) pojechaliśmy nad Ren (znowu autobusem naszej ulubionej linii 600, który chyba jeździł najdłuższą możliwą drogą jaką się dało). Dotarliśmy do pięknego parku wypoczynku, w którym dostaliśmy czas wolny. Spacerowało się po nim tak miło, że czas zleciał stanowczo zbyt szybko. Wróciliśmy do ośrodka prosto na kolację – pysznego, niemieckiego grilla. Obchodziliśmy także 18 urodziny naszej koleżanki – Ewy. Mamy nadzieję, że była wzruszona niespodzianką. Nie obyło się bez wieczornego spaceru – po zwiedzeniu placu zabaw poszliśmy w głąb lasu z pieśnią na ustach nie zauważając, że robi się ciemno. Wróciliśmy po ciszy nocnej.
Następnego dnia udaliśmy się do Muzeum Historii, w którym można było bardzo wiele dowiedzieć się o historii Niemiec po II wojnie światowej, czyli w okresie podziału na dwa osobe kraje. Nie byłam świadoma tego, że nie tylko my, Polacy mieliśmy wiele problemów. Otworzyło mi to oczy na fakt, że w polskiej szkole źle uczy się historii – tak na prawdę nie mamy pojęcia o losach innych narodów i dzięki temu potrafimy głównie narzekać, że jest nam źle. 
Następnie udaliśmy się do centrum, gdzie dostaliśmy czas wolny na zjedzenie obiadu. W naszym przypadku była to tradycyjnie pyszna pizza. Wraz z Ewą i Grzesiem zwiedziliśmy także Münster Bazylikę, ponieważ zachwyciła nas z zewnątrz. W środku również była cudowna. Jest to jeden z najstarszych kościołów w Niemczech. Powstał w VII wieku i nosi wezwanie legionistów rzymskich - Świętych Kasjusza i Florencjusza. Do kościoła przylegają zabudowania z pięknymi krużgankami. 

Mijając Ratusz, gmach Uniwersytetu itd. dotarliśmy po raz kolejny nad brzeg niesamowitego Renu. Przepłynęliśmy się luksusowym statkiem do Bad Godesberga, reprezentacyjnej dzielnicy willowej, gdzie do dziś mieszczą się siedziby różnych przedstawicielstw dyplomatycznych. Część z nas poszła na zamek, a część wybrała kolejne centrum handlowe (niektórzy byli zbyt zmęczeni, co można chyba usprawiedliwić). Wracaliśmy tą samą drogą płynąc jeszcze bardziej luksusowym statkiem. Zaczęliśmy knuć, jakby wrócić takim do Wrocławia … przecież na pewno by się dało!
Po kolacji nie obyło się bez wieczornego spaceru! Tym razem udaliśmy się w okolice szpitala psychiatrycznego (no, akurat coś dla naszej grupy...).  Co jakiś czas mieliśmy także wspólne wieczory z niemiecką grupą – np. tańczyliśmy taniec belgijski lub graliśmy w gry.
Niedziela to czas odpoczynku. Mieliśmy trochę więcej czasu na wyspanie się (nawet nie macie pojęcia jak zbawienne na wycieczce szkolnej jest dodatkowe 30 minut snu! Czułam się wypoczęta jak nigdy!) i zjedzenie śniadania. Udaliśmy się do miasta na mszę świętą (tak, po niemiecku…). Zwiedziliśmy jeszcze po drodze okolice kościoła. Po mszy udaliśmy się na posiłek. Po posiłku część z nas (ci najmniej zamoknięci i najbardziej wytrzymali) postanowiła zdobyć zamek. Długo jechaliśmy podziemnym tramwajem, aż wysiedliśmy na stacji po drugiej stronie Renu. Droga na górę była męcząca i dłużyła się, jednak widok był warty zdobycia jej. Wracaliśmy w pośpiechu, aby zdążyć na kolację, z pieśniami patriotycznymi na ustach. Ci, którzy się ociągali, zostali wezwani głośnym okrzykiem Grzegorza „LUDZIE! KOLACJA!"… Tym razem ominął nas wieczorny spacer, ponieważ byliśmy zmęczeni i trzeba było się spakować.
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: