WE <3 SF

Trip Start Sep 19, 2012
1
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of United States  , California
Wednesday, October 10, 2012

Nic dziwnego, że San Francisco jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miast na świecie. Multikulturowe, różnorodne, zakochane same w sobie. Taki mały Reykjawik z Nowym Jorkiem w jednym. Dużo tu europejskich akcentów, co pozwala nam łatwiej i szybciej się zadomowić i oswoić z tutejszą kulturą. Mamy wrażenie, że już tu kiedyś byliśmy i nadzieję na szybki powrót.

Dojeżdżamy oczywiście wieczorem. Jak zwykle po drodze zatrzymują nas tysiące widoków i miejsc, które musimy, no musimy uwieczniać na zdjęciach. Przede wszystkim w mgnieniu oka zmienia się krajobraz i pogoda. Żegnamy palmy, ciepłe plaże, palące słońce i jeszcze tego samego dnia zakładamy swetry i ciepłe buty w otoczeniu rudo - burgundowo - czerwono - żółtych lasów. Tak wyraźnej granicy między latem a jesienią w tak błyskawicznym tempie nie przekraczaliśmy nigdy. Chyba trochę się stęskniliśmy za polskim październikiem.

Pierwsze, co robimy nocą tuż przed zameldowaniem w hotelu Days Inn on the Beach to przejażdżka mostem Golden Gate. Nie odpuścilibyśmy. Wysoki na ok. 220 m nad poziom wody, długi na 1500 m zachwyca dosyć awangardową formą, kolorem, strukturą i samym faktem, że to jedno z najbardziej istotnych i wspaniałych osiągnięć inżynierii ubiegłego stulecia. Miasto od pierwszych chwil rozkochuje nas w sobie.

Wspomniany Golden Gate, znane wszystkim więzienie Alcatraz, historyczne tramwaje i wietrzna pogoda to główne wizytówki Frisco. Oprócz tego miasto ma tysiące zakamarków i osobliwości. Niepocieszeni faktem, że jak zwykle zwiedzanie większych metropolii przypada w poniedziałek (a wtedy większość muzeów i atrakcji jest nieczynna, w tym Alcatraz) decydujemy bardzo luźno spędzić dzień włócząc się po wielu dzielnicach. Zostawiamy samochody na parkingu hotelowym i wsiadamy w tramwaj w sieci MUNI (tutejsza nazwa komunikacji miejskiej). Korzystanie z transportu publicznego daje nam zdecydowanie większą wolność, dlatego rozdzielamy się i każdy zaczyna od innego miejsca: dzielnicy uniwersyteckiej, klubowej i zakupowej Mission i od Downtown.

San Francisco cudownie przemierza się rowerem. Na każdym rogu w centrum są niewielkie wypożyczalnie, które tutaj cieszą się wielką popularnością. Jeździmy po wybrzeżu, wjeżdżamy na niejedno molo, ludzie tutaj łowią ryby, spacerują, biegają. Z Pier 39 doskonale widać tryskający nasyconą czerwienią Golden Gate i Alcatraz, a pomiędzy nimi niewielkie promy i katamarany. W samym centrum nie ma już wyraźnie wyznaczonych ścieżek rowerowych, a jazda chodnikiem jest prawdziwym torem przeszkód w tłumie ludzi spieszących do pracy. Dodatkową barierą dla rowerzystów (tych mniej wysportowanych) jest ukształtowanie terenu w mieście. I tu San Francisco bez wahania porównać można z islandzkimi lub skandynawskimi miastami. Ulice są niewiarygodnie strome, a jazda po nich przypomina podróż rollercosterem. Jemy śniadanie gdzieś pomiędzy Chinatown a Union Square. Siedzimy przy stoliku na zewnątrz i cieszymy się wyjątkową w tym okresie pogodą (zazwyczaj San Francisco skąpane jest w mgle, a tym razem świeci słońce i jest ciepło). Przed nami jeszcze zakupy na Market St i przejażdżka tutejszym historycznym tramwajem wzdłuż głównych ulic. Jesteśmy pod wrażeniem siły (nie wiemy jakiego słowa tu użyć) maszynisty, który na zasadzie podobnej do prowadzenia drezyny kieruje pojazdem. Ludzie trzymają się zewnętrznych poręczy i na stojąco jeździmy to w górę, to w dół, góra, dół, góra dół. Jest pięknie.

Popołudniu spotykamy się wszyscy w centrum, następuje prezentacja zakupionych rzeczy (przez ekipę, która zaliczyła w/w dzielnicę Mission) i zdanie relacji ze zwiedzania centrum przez resztę. Nogi mamy jak kamienie. Czas do hotelu na chwilę odpoczynku i zebranie sił na wieczór i imprezę. Jak się okazuje, chwila może trwać w nieskończoność. Czy tutaj nie jeżdżą taksówki? Czekamy prawie dwie godziny, aż w końcu właściciel hotelu decyduje się sam nas zawieźć. Problem polega na tym, że całe życie towarzyskie SF odbywa się na wschodnim wybrzeżu, my mieszkaliśmy na zachodnim wśród klasycznych domków szeregowych. Taksówki zapuszczają się tam bardzo rzadko bo mają dużo innych krótszych zleceń, i nie muszą się nikomu tłumaczyć dlaczego nie przyjechały. Zytaliśmy się więc, co by. Yło gdybyśmy jechali na lotnisko, okazuje się, że taksówkę na lotnisko z dzielnicy mieszkalnej trzeba zamówić nawet 2 dni przed! Dojeżdżamy do pubu, w którym jest piwo za dolara, billard i mnóstwo fajnych ludzi. Jakoś nad ranem łapiemy taksówki powrotne. Bezmyślnie kupujemy po drodze chipsy i wracamy z amerykańskim grubym kierowcą, którego zjada nam pół paczki XXL powtarzając co chwilę: haha, damn it! I was supposed to be on a gym.

Poranek w San Francisco. Chcemy pożegnać miasto i zjeść śniadanie w Mama's, ponoć najlepszej knajpie śniadaniowej w mieście, u Włocha. Szybko rezygnujemy z tych planów, bo kolejka do drzwi wylewa się kilkanaście metrów na chodnik. Może innym razem. Teraz czas na północ i Seattle.

To był wielki skrót. O San Francisco możnaby opowiadać w nieskończoność i nieskończenie się w nim kochać.
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: