California Stories (un)covered

Trip Start Sep 19, 2012
1
6
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of United States  , California
Thursday, October 4, 2012

Ocean, klify, palmy, cabriolety, piękni ludzie, umięśnieni surferzy w długich włosach z deską pod pachą, laski w skąpych bikini, młodzież wracająca z high school, wille gwiazd. California, ach California. To ona rozkochała nas w sobie. Każdy tak naprawdę na nią czekał. Pędziliśmy przez wszystkie stany w zawrotnym tempie tylko po to, żeby spędzić więcej czasu w San Diego, Los Angeles i, co jeszcze przed nami, San Francisco.

Dzień 1
Trochę spłukani, zmęczeni i niecierpliwi dojeżdżamy prosto z Las Vegas do Palm Springs w Californi. Nawet dobrze, że jest już ciemno, bo tak gwieździstego nieba nie widzieliśmy chyba nigdy. Serio. I do tego leci Stars of the Lid. Żyć nie umierać. W hotelu, w którym się zatrzymujemy mamy bezpośrednie zejście do basenu. Jest piękny, ciepły wieczór i o niczym innym nie marzymy, tylko o białym winie, leżaku i jacuzzi do późnej nocy. Plan swój oczywiście realizujemy. Następnego dnia wyruszamy w stronę San Diego, gdzie ugości nas wujek Basi, Przemek, i jego żona Grace (Grażyna).

Dzień 2
To chyba najcieplejszy ze wszystkich dni w USA. Nie funkcjonujemy prawidłowo, każda sekunda poza ochłodzonym klimatyzacją samochodem nas zabija. Dosłownie. Gdyby nie dziesiątki wysokich palm przy drogach, zdecydowanie duża liczba cabrioletów na ulicach (w stosunku do pickupów, których w poprzednich etapach wycieczki było zdecydowanie więcej niż mieszkańców na metr kwadratowy) i perspektywa tygodniowych wakacji nad oceanem, czulibyśmy się jak na pustyni bez wody. A jest październik. Jemy śniadanie w typowej amerykańskiej kawiarni, kelnerka (albo kelnera zważywszy na gabaryty) serwuje nam zestawy śniadaniowe i kawę, która smakuje tak, jakby się ją parzyło trzy razy przed podaniem. Sałatka jest naładowana 1100 kcal. Jak oni to robią?

Dojeżdżamy do San Diego. Ale tu pięknie. Każdy stan to odrębne państwo, o innej kulturze, innych obyczajach, nawet ludzie wyglądają inaczej. Tutaj to wszystko jest jakieś bardziej estetyczne. Na miejsce trackera we flaneli, kapeluszu kowbojskim, z wąsem i budlightem w ręku wchodzi wysportowany, wymuskany surfer. Kobieta Californi to z kolei prawdziwa laska w dobrym samochodzie, na 15cm obcasach z pieskiem pod pachą. Nie ma już tylko sklepów z alkoholem i tysięcy fastfoodów przy każdym przystanku. Są salony piękności, fitness, siłownie i markety ze świeżymi sokami, owocami i warzywami.

Wujek Basi mieszka na strzeżonym osiedlu pod palmami, z basenem i kompleksem wypoczynkowym w centrum dla mieszkańców. Jeżeli tutaj wszystkie dzielnice mieszkaniowe tak wylądają, to chyba rysuje nam się w głowach wizja mieszkania w przyszłości. Grace, żona wujka przyjmuje naszą dziewiątkę i gości w przestronnym i jasnym mieszkaniu. Czujemy się jak głośna i rozhulana wycieczka licealistów. Jest tu trochę jak w domu: prawdziwe, domowe jedzenie, ogórki kiszone wujka (pyyyyszne), wspólne robienie prania, prezentacja posiadanej broni (OMG). Wieczorem jemy kolację w tzw. włoskiej knajpie GROTTO. Tak zwanej, bo w menu pod nazwą PASTA mamy do wyboru dwie opcje: spaghetti with meatball AND sausage oraz spaghetti with meatball OR sausage. Włosko 100%2525.
Grace jest świetna. Mówi mniej więcej 1000 słów na minutę, z czego około 40%2525 to angielski, reszta polski. Doskonały mix. Chyba nie zapomnimy momentu, kiedy robiąc pranie (wrzucając do pralki co się da w pośpiechu, jak to mamy w zwyczaju), Grace wyciągnęła buta Oli z koszuli Mateusza i powiedziała:
- Przemek, oni piorą buty razem z ubraniami! What the fuck?! I don't get it.
[hahaha]

Dzień 3:
Po pysznym śniadaniu (jajecznica z PRAWDZIWYCH jaj, dobre warzywa, sery, domowa wędlina i utęskniona herbata) żegnamy się z Grace i jedziemy na miasto. Oczywiście zahaczamy o plażę w San Diego, bo jak. Piasek jest jak mąka, jasny i drobny. Ocean z jednej strony zdumiewa nas swoim ogromem i pięknem, a z drugiej (sądząc po falach, przez które skaczemy) to potężny żywioł, z którym toczymy walkę już tuż przy brzegu. Woda mieni się złotymi drobinkami i jest niesamowicie słona. Szkoda, że to późna jesień i słońce zachodzi o godzinie 19, bo z pewnością zostalibyśmy tutaj dłużej. Goni nas czas i woła wyczekane Miasto Aniołów.

Dzień 4:
Budzimy się w Los Angeles w dość klaustrofobicznym, ale czystym hotelu w centrum obskórnej i brudnej dzielnicy Koreańskiej bezpośrednio przylegającej do Downtown. Nie wiem czy ten dzień można wliczyć do cyklu poznawczego Los Angeles, ale z pewnością będzie on jednym z ciekawszych i pełnych wrażeń. Spośród dwóch opcji zagospodarowania czasu tego dnia (Disneyland : $80/os, Universal Studios : $80/os) wybieramy tą drugą z pełną świadomością wieku, w jakim jesteśmy. Nie mamy do czego porównać, ale wydaje nam się, że każdy dolar zainwetsowany w wycieczkę był jej wart. Wchodzimy do olbrzymiego centrum rozrywki na wzgórzach Hollywood. Jest oczywiście parówa, ale zewnętrzne zraszacze powietrza chłodzą i koją. Cała przestrzeń zagospodarowana jest na wielkim obszarze, po którym poruszać się można wieloma kładkami i ruchomymi schodami. W ponumerowanych halach znajdują się studia nagraniowe i plany zdjęciowe, a także przygotowane dla turystów centra rozrywki. Zmierzając do pierwszego punktu na mapie mijamy Shreka, który kupuje wodę u osiołka, Marylin Monroe w różowym cadillacu, Homera Simpsona przy Kwik e Mart i wielu innych bohaterów. Najzabawniejsze jest to, że trochę wierzymy, że to faktyczne postacie z bajek, a nie przebrani ludzie robiący show na ulicy. To wszystko za sprawą profesjonalnie zaprojektowanego otoczenia prosto z filmów. Zaliczamy praktycznie wszystko:
- Transformers: idziemy wąskim korytarzem, w którym zwisają kable i pali się mnóstwo lampek, przycisków i alarmów, dochodzimy do miejsca, z którego zabiera nas pojazd i wkraczamy w niesamowicie i nowocześnie skonstruowany świat 4D. Zakładamy okulary i bierzemy udział w wojnie Transformersów, wydaje nam się, że ktoś zgniata nasz pojazd, po czym spadamy z wieżowca, wybuch obok drażni nas buchającym ciepłem w twarz, granica pomiędzy rzeczywistością a światem witrualnym się zaciera i rozczochrani, mokrzy i szczęśliwi wychodzimy ze świata Transformersów,
- wycieczka po całym kompleksie tramwajem: zdecydowany highlight; wsiadamy w kolejkę naziemną i zwiedzamy Universal; droga prowadzi nas do zewnętrznych scenografii, które tak bardzo imitują rzeczywiste miejsca i miasta (np. Nowy Jork), że mamy wrażenie, że to nie tylko płaskie elewacje z płyty, ale prawdziwe budynki; widzimy wieżę zegarową z "Powrotu do przyszłości", californijskie uliczki z domami z sidingiem; doświadczamy sztucznie wywołanej ulewy i powodzi, wjeżdżamy do hali, w której wybudowana została stacja metra, gasną światła i nagle sufit zaczyna się walić, spada na nas tir (nie jest to w żaden sposób wirtualne!), woda gęstym strumieniem leje się z wyższych kondygnacji; i wiele, wiele innych;
- Springfield: wirtualny rollercoster z zawrotną prędkością prowadzi nas przez miasto Simpsonów;
- Mumia: horror na życzenie, rollercoster (tym razem prawdziwy) pędzi przez toalnie ciemną i pełną strachów piramidę; strach 100%2525;

I mnóstwo innych.
Pełen wypas i wielkie zmęczenie.
Kolacja na Venice Beach i powrót do hotelu.

Dzień 4:
Zakupy i czas wolny, kolonie 1999. Po dogłębnym researchu Oli wybieramy się na Mellrose St w centrum Los Angeles na shopping. Zaczynamy w popularnym i polecanym w przewodnikach miejscu, Farmers Market. Kończymy na w/w ulicy i zwiedzamy setki sklepów, głównie vintage. Wchodzimy do lokalu z płytami winylowymi, do którego zaprasza nas właściciel w podeszłym wieku i zapoznaje ze swoją ponad półtoramilionową kolekcją. Przecieramy oczy ze zdumienia. Zakupy zrobione, każdy zadowolony i wszystko jest super do momentu powrotu na parking, na którym ..... nie ma naszego samochodu. Przerażenie, niemoc i spadek chillu o 100%2525. Okazuje się, że w Stanach (co jest oczywiście dla nas nowością) zatrzymywanie się przed centrami handlowymi na dłużej niż to określone jest jednoznaczne z odholowaniem samochodu. Laweta zabiera nam furę kilka mil dalej i płacimy 300 baksów. Suuuper.

Dzień 5:
Dzisiaj czas na właściwe Los Angeles. Miasto (upadłych) Aniołów, ogromna aglomeracja, z wyraźnym i wysokim centrum (typowy skyline miast USA), które ledwo widać zza ściany smogu i przyległymi dzielnicami. Nie widzimy tu poza tą prostą strukturą nic, co jakkolwiek wynosi rangę tego miejsca ponad inne już widziane. Oczywiście, jest Hollywood, Beverly Hills, dzielnice gwiazd, w których cztery rzędy palm przy szerokiej drodze odgradzają od wielkich posiadłości celebrytów. Są przepiękne i szerokie plaże: Venice Beach i Santa Monica, wzdłuż których dziewczyny w szortach jeżdżą na wrotkach, inni uprawiają jogging lub wyprowadzają psy w ramach pracy. Na plażach są budki ratowników dokładnie takie, jak w Słonecznym Patrolu (bo to właśnie one), okupowane przez opalonego i umięśnionego Mitcha z deską ratunkową w ręku. Są ogrodzone siatką boiska do koszykówki. Chłopcy na deskorolkach. Piękne panie w pięknych samochodach. Miejscami wszystko przypomina serial z lat 90-tych o nastolatkach. Jednak zanim to wszystko się zobaczy i doceni trzeba przemierzyć ciągnące się dziesiątki mil ulice, przy których jest tylko niska, brudna i brzydka zabudowa bez żadnego charakteru i smaku. Wielokulturowość w połączeniu z monotonią dzielnic sprawia, że Los Angeles nie jest już dla nas tak ikoniczne i idylliczne jak mogło się zdawać. To wielka wieś w wielkim mieście. Dzień wieńczy pożegnalna impreza w hipsterskiej (swoją drogą bardzo urodziwej) dzielnicy Silver Lake, w klubie Cha Cha. Jest wyśmienicie.

Dzień 6:
Ciężki poranek. Ledwo żyjemy. Maciek odlatuje do Warszawy za kilka godzin, a nasze pokoje wyglądają tak, jakby przeszło przez nie tornado prosto z Oklahomy, wywiało nam wszystko z walizek i porozrzucało wszędzie, gdzie się da. Jedziemy w kierunku San Francisco z przystankiem na Malibu Beach (najpiękniejsza ze wszystkich plaż, wielka walka z falami i gra w piłkę), homara (na bogato) i noclegiem w miejscowości Santa Maria w Motel 6, bardzo low-budgetowej sypialni (na biedno). Ale to, co zapamiętamy na zawsze to Big Sur, droga nad oceanem na wzniesieniu, bardzo długa, kręta i piękna. Na wybrzeżu wylegują się foki i lwy morskie, wypatrujemy popularnych tu delfinów i wielorybów, ale nie mamy szczęścia ich zobaczyć.

California Stories Uncovered. W skali 1:10: 11.
Kiedyś będziemy bogaci i zbudujemy tu dom.

Kolejny etap: We LOVE San Francisco. Yes, we do.
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: