Las Vegas (Nevada)

Trip Start Sep 19, 2012
1
5
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

, Kalifornia,
Monday, October 1, 2012

Nieodparta chęć wielkiej wygranej w kasynie i wyobraźnia, która sprawia, że każdy z nas właśnie stawia sobie willę w Californi i parkuje obok niej swoje lamborghini zaprowadziła nas przez gorące skaliste granice Arizony, przez Tamę Hoovera aż do celu: upalnego Las Vegas w stanie Nevada.

Rdzawa Arizona, jak już wspominaliśmy niejednokrotnie, pełna pięknych widoków, zapadnie nam w pamięci na zawsze. Nie zapomnimy naszej reakcji, kiedy stanęliśmy na zboczu Grand Canyonu, kiedy naprawdę zrozumieliśmy, jak daleko jesteśmy od domu, jacy jesteśmy mali i jak świat może zachwycić. Nie zapomnimy rdzennych Indian i nie zapomnimy jazdy po Route 66. Podróż po tym stanie wieńczymy wyprawą do Tamy Hoovera na granicę z Nevadą, co w spektakularny sposób zamyka naszą przygodę z Arizoną.

Jesteśmy na pustyni, czujemy się jak steaki na ogniu, w końcu jest jakieś milion stopni fahrenheita. Do Las Vegas zostało kilkadziesiąt mil. Przekraczamy granicę stanów na Tamie Hoovera - gigantycznej zaporze wodnej z końca lat 30-tych wybudowanej w Czarnym Kanionie na rzece Kolorado. Amerykanie z niczym się nie szczypią - kochają to, co jest monumentalne (Europejczyk mógłby powiedzieć, że przeskalowane porównując to tendencji w swoim kraju) i efektowne. Tak jest też tutaj - ogromna betonowa konstrukcja wprawia nas w osłupienie. Wyobrażamy sobie inżynierów i budowniczych pracujących przy budowie tamy i przecieramy oczy ze zdumienia. To swoisty cud techniki i inżynierii pierwszej połowy XX wieku.

No nic. Teraz czas na hazard. Jedziemy do Las Vegas. Nastroje w samochodach jednoznacznie wskazują na to, że nie będzie lekko :) Chłopaki doświadczeni w hazardzie (so called...) opracowują skomplikowane strategie wygranej w kasynie. Wjeżdżamy do miasta - makiety. To wysokie budynki hoteli połączone siecią ulic i kładek na środku pustyni. Jest sobota, więc ruch na ulicach jest spory - wszyscy jadą "rozbić bank". Jedziemy do naszego hotelu w centrum miasta, kąpiemy się w basenie pod palemką i po krótkim zebraniu organizacyjnym w pokojach ruszamy na podbój kasyn. Umierając z ciekawości wchodzimy do najbliższego z nich w sąsiednim hotelu (kasyna głównie mieszczą się tu w parterach i podziemiach hoteli, nieraz zajmują kilka pięter). Na wejściu stoją niewyobrażalnie zgrabne laski w krótkich spodenkach i zapraszają do środka. Wysokie stropy, ogromna strefa wejściowa, dym papierosowy, liczne bary i sklepy wewnątrz i, rzecz jasna, niezliczone konsole do gier i stoły do rosyjskiej ruletki lub black jacka instruowane przez krupierów i oblegane przez graczy - to dostrzegamy na początku. Potem orientujemy się, że w kasynie nie ma okien i zegarów (prawdopodobnie specjalny zabieg stosowany po to, aby nikt nie zorientował się jaka jest pora dnia i stracił rachubę czasu). Próbujemy naszych sił w najprostszych grach, żeby nabrać wprawy, wygrywamy jakieś $15 łącznie i dajemy się porwać głośnemu, rozświetlonemu milionem światełek i migających reklam Las Vegas.

Miasto wydaje się ogromne, jeśli chodzi się po nim pieszo. Ale to chyba naprostszy sposób, aby je poznać i obserwować. Wchodzimy na Las Vegas Blv, główną ulicę w mieście. Coraz droższe i bardziej udziwnione bryły hoteli zapraszają do kasyna znajdującego się wewnątrz. Trudno do nich nie trafić - chodniki i kładki nad ulicami kończą się drzwiami do kasyna i nie ma innej drogi przez miasto. Każdy, nawet największy przeciwnik hazardu, tutaj trafi, bo nie ma innej drogi. Architektura (jeśli mianem architektury można nazwać zabudowę centrum Las Vegas) jest tutaj dosyć "tanią" kopią najsłynniejszych budowli na świecie: można tu znaleźć cały downtown Nowego Jorku, egipskiego Sfinksa i Piramidę Cheopsa, zamki w stylu mauretańskim, wieżę Eiffla i inne. Wszystko to aż razi kiczem, ale ma swój urok - temu miastu trzeba to wybaczyć. Chodzimy po plątaninie deptaków i mostów równocześnie zaliczając coraz droższe i bardziej luksusowe kasyna, z innym dress - codem i innym stawkami. W pewnym momencie (a to i tak początek drogi) stwierdzamy, że minimalna stawka $100 za wejście do gry to dla nas za dużo - wracamy do miejsca, z którego przyszliśmy i całą noc gramy w black jacka (Mati wygrywa $100!).

Bilans nocy w kasynach: dodatni (o dziwo). Bilans poranka (przerażające, ale prawdziwe - wracamy do gry tuż po śniadaniu): ujemny lub zerowy. Ocena Las Vegas: bardzo dobrze, dostateczny. Kierunek: California, San Diego i Palm Springs. Poziom czilu w skali 1-10: 10.

Czas na utęsknioną Californię
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: