Meksykanie i Indianie

Trip Start Sep 19, 2012
1
4
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of United States  , Texas
Thursday, September 27, 2012

Podróż po stanach Nowy Meksyk i Arizona można opisać w jednym (przeładowanym epitetami) zdaniu lub setce takich zdań. Wszystko zależy od tego, czy jest się typem introwertyka - Wertera czy ekstrawertyka z ADHD i, co za tym idzie, jak reaguje się na widoki, które powalaja na kolana i zapieraja dech w piersiach.

Startujemy z Houston i spieszymy w kierunku Roswell. W UFO można wierzyć lub nie, ale miasteczko słynace z tego, że w połowie lat 50tych na posiadłości ziemskiej pewnego red - necka rozbił się spodek kosmiczny i został potajemnie przetransportowany do strefy 51 (zbliżenie się do tej strefy grozi oberwaniem kulki w łeb) ściaga tysiace turystów z różnych stron świata. Jesteśmy, rzecz jasna, jednymi z nich. Pokonujemy setki mil po to, żeby zobaczyć największy FAIL wyjazdu i najsmutniejsze miasteczko w USA. Wnętrze Muzeum UFO wyglada jak scenografia do przedszkolnego przedstawienia: nadwieszone na suficie "spodki" z folii aluminiowej i lampek choinkowych, zdjęcia plam na niebie, obrazki wykonane prawdopodobnie przez wychowanków tutejszego domu kultury (o ile taki istnieje) i zdjęcie niemca przy swoim 3-metrowym słoneczniku w ogródku opatrzone teoria, że to wszystko dzięki kosmitom. Z muzeum uciekamy po 5 minutach, żeby odetchnać i opanować emocje i wystarczy kilka sekund, abyśmy zorientowali się, że caaałe miasteczko wręcz przypomina UFO. I byłoby to nawet zabawne, gdybyśmy dostrzegli tylko latarnie w kształcie kosmitów, zielone ślady stóp na chodniku i dziesiatki sklepów z ohydnymi i kiczowatymi zielonymi stworami. Ale nie jest wcale śmiesznie, bo orientujemy się, że te sklepy i całe to miasto sa puste. Witryny zabite dechami, włóczacy się aloholicy i zdezorientowani turyści i to chyba wszystko. Na szczęście dzień wieńczy pyszna kolacja, która jemy w amerykańskiej sieciówce (nie mylić z fastfoodami typu McDonalds, Wendy's czy Taco Bell) Cattle Baron. Wyśmienite steaki, przeładowany pysznymi zakaskami szwedzki stół i wystrój - brawo, brawo! No to w drogę!

Ponieważ od "atrakcji tygodnia" (czyt. Grand Canyon, Hoover Dam, Las Vegas) dziela nas setki mil, postanawiamy dosyć racjonalnie podzielić trasę na mniejsze odcinki i pierwszym naszym celem okazuje się miasteczko w Nowym Mexyku (dokładnie w centrum stanu), Albuquerque. Z każdym kilometrem stopniowo opadaja nam szczeny - widzimy kondory, pustynna faune, nieskończone płaszczyzny stepów. Coś nieprawdopodobnego. Natura potrafi zachwycać. I zaskakiwać (lub przerażać) - gdzieś w połowie drogi nad nowomeksykańskim bezkresem pojawia się ogromna czarna chmura, która zdaje się połykać i wsysać wszystko, co znajduje się na autostradzie i polach wokół. W lekkiej niepewności tego, co ma nastapić za chwilę wjeżdżamy w jej centrum i po kilkunastu minutach wrażeń wydostajemy się z niej i czujemy dumę jak w ostatniej scenie Armagedonu. Pierwsza amerykańska burza zaliczona. Dojeżdżamy do Albuquerque.

Albuquerque jest stosunkowo małe. To w nim toczy się akcja słynnego serialu Breaking Bad, w którym skromny nauczyciel chemii po usłyszeniu strasznej diagnozy u lekarza, postanawia wykorzystać swoja wiedzę i tworzyć najczystszej postaci metamfetaminę z impetem wchodzac w narkotykowy i przestępczy świat (a wszystko po to, żeby nie zostawić ciężarnej żony i autystycznego syna bez pieniędzy). Miasto przypomina nam oazę na pustyni (w zasadzie nia jest, jak wszystkie miasta w tym rejonie). Zatrzymujemy się w motelu dwupoziomowym, z galeriami, w stylu indiańskim. Mamy ogromne pokoje, bardzo wygodne łóżka, przemiła obsługę i basen w środku. Ponieważ nie mamy siły iść tego dnia na miasto, wskakujemy do wody i cały wieczór saczymy tequilę. Jest chill 100%2525. Jesteśmy na końcu świata. Chłopaki jak to chłopaki wracaja w nocy kompletnie pijani.

Poranek następnego dnia. Aspirynka i w drogę. Dzisiaj przed nami coś, o czym nam się nie śniło - Wielki Kanion. Stopniujemy napięcie. Przekraczamy granicę Arizony - stanu, który słynie z Grand Canyonu, krateru po uderzeniu meteorytem, historycznej drogi Route 66 i rdzennych plemion indiańskich. Na takie widoki i klimat czekaliśmy. Czerwone skały, pojedyncze drzewka, ciagnace się setki mil góry i pagórki, a nad tym latajace sokoły, niebieskie niebo i pierzaste chmurki. Kolejny raj. Wjeżdżamy na Route 66. Waska (po 1 pasie), spękana droga, a wokół opuszczone domy, sklepy, stacje benzynowe, zardzewiałe amerykańskie samochody przy zawalonych budynkach. Można powiedzieć, że to naturalne muzeum. W Stanach wszystko jest tak bardzo prawdziwe i przypominajace sceny z kultowych filmów, że paradoksalnie wydaje się sztucznie ustawione. Jedziemy dalej. Meteor Crater - ogromna dziura po meteorycie robi na nas wrażenie. Płacimy kilkanaście baksów i wchodzimy do miejsca, na które 50tys lat temu spadł meteoryt o średnicy 50m i zostawił ślad w postaci głębokiej, o ponadkilometrowej średnicy dziury. Imponujace. Ale to jeszcze nic. Grand Canyon - tutaj wszystko, co widzieliśmy i czym byliśmy zdumieni wydaje się małe i nieistotne. Wjeżdżamy do parku bardzo wolno, bo co chwilę na drodze pojawiaja się jelenie i sarny. Dojeżdżamy na miejsce. Przestajemy mówić, potem oddychać, potem nabieramy trochę powietrza, ale to po kilku minutach, żeby powiedzieć sobie szeptem, że świat jest piękny. Żadnymi słowami nie jesteśmy w stanie tego opisać. Może z wyjatkiem tych, które wypowiedzieliśmy zobaczywszy to pierwszy raz: "o k****...".

Piękny był ten dzień.

Jesteśmy już w drodze do Californi, do San Diego. Za nami Hoover Dam i Las Vegas z wielkimi wygranymi w kasynie. Jedziemy przez Nevadę, staramy się ochłonac po nocy pełnej wrażeń, słuchamy Stars of the Lid, staramy się nie przejechać kojotów, które wybiegaja na drogę i widzimy księżyc wielkości dyni. O tym jutro.
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: