Nowy Orlean

Trip Start Sep 19, 2012
1
2
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

, Luizjana,
Monday, September 24, 2012

Do Nowego Orleanu dojechaliśmy w niedzielę wieczorem. Już na przedmieściach poczuliśmy klimat (gorące i strasznie wilgotne powietrze) miast i miasteczek położonych nad Zatoką Meksykańską i otoczonych rozległymi bagnami. Kiedy wjechaliśmy do centrum miasta opadły nam szczeny. Bez wahania możemy stwierdzić, że nocny klimat N.O. wywarł na nas piorunujące wrażenie. Od razu decudujemy się spędzić tu dwie noce.

Dzień 1 (a w zasadzie pierwsza noc):

Zakwaterowanie w hotelu. Mamy super miejscówę - w samym centrum miasta na Royal Street. Bardzo fajne warunki za niewysoką cenę. Wychodzimy zjeść dobry seafood, bo grzechem byłoby nie spróbować owoców morza w miejscu, gdzie rozkwitał biznes krewetkowy Bubba-Gump (z filmu Forrest Gump). Znajdujemy ostatnią otwartą knajpkę w centrum, jemy ze smakiem i idziemy spać, żeby mieć energię na:

Dzień 2:

Jest taki upał, że nie da się żyć. Tuż za rogiem, 50m od hotelu jemy śniadanie w dosyć obskórnej, ale typowo amerykańskiej knajpce. Amerykanie przesadzają z klimą - podczas, gdy na dworze jest skwar na maxa, w sklepach i restauracjach temperatura może być bliska 10'C i nie ma w tym przesady. Nieprzyzwyczajeni do częstych zmian temperatury przeziębiamy się wszyscy z wyjątkiem Matiego (jakoś nadnaturalnie sprzyja mu amerykański klimat, hehe :)).
Nowy Orlean w ciągu dnia jest równie piękny jak w nocy. Dochodzimy do pasa nadbrzeżnego Missisipi, potem spacerujemy po dzielnicy francuskiej (Nowy Orlean był niegdyś kolonią francuską) i czujemy się trochę jak w małych nadmorskich miasteczkach francuskich albo na Kubie (niska zabudowa, kolorowe domy, drewniane okiennice, palmy, zwisające z pięknie okutych loggii kwiaty i paprocie). Robimy sobie przerwę w parku im. Louisa Armstronga, pijąc zimne piwko (picie tutaj jest dozwolone w miejscach publicznych pod warunkiem, że butelkę trzyma się w papierowej torebce). Zwiedzamy jeszcze tutejszy cmentarz (na którym leży Królowa Voodoo Marie Laveau i zombie). W Nowym Orleanie bardzo wyraźne w kulturze są duchy, rytuały, zombie itd, organizowane są wycieczki do domów strachu i po cmentarzach w nocy. Brrrrr. Wchodzimy do muzeum Voodoo. Dwa małe dziwaczne pokoiki, przepełnione różańcami, księgami, czaszkami i, co zwraca naszą największą uwagę, obraz Mati Boskiej Częstochowskiej. Po szybkim (bo co tu robić) zwiedzaniu, nawiedzony właściciel z wielkim wężem na kolanach pyta Matiego:
- did you see the ghost?
- nope.
- it was in the last roooom...
(Scary... Hehe)
Popołudnie spędzamy w restauracji Oceana na Bourbon St, siedząc w Patio schładzanym rozpraszaną wodną mżawką i jest nam baaaaaardzo przyjemnie. Chłopaki zachwyceni swoimi daniami (krewetki w sosie nowoorleańskim i aligatora) i będący pod olbrzymim wrażeniem kelnera Jamesa (który swoją drogą był rzeczywiście najlepszym kelnerem jakiego kiedykolwiek spotkaliśmy) wypijają 5 butelek białego wina i od tego się zaczyna (a może i kończy) całonocna impreza na w/w ulicy, gdzie roi się od klubów nocnych, striptizerek i tancerzy. Każdy idzie w swoją stronę i dopiero rano poznajemy historię i przygody minionej nocy każdego z nas.

Nowy Orlean: gorąco, piękna architektura, dobre krewetki, aligatory, bagna, cmentarze i krypty, voodoo, zombie, bourbon street, french market.

Jedziemy do Houston!
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: