Podsumowanie pierwszych 5 dni

Trip Start Sep 19, 2012
1
7
Trip End Oct 23, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

, Luizjana,
Monday, September 24, 2012

Jetlag to nie jest rurka z kremem. Dopiero wczoraj wieczorem dojeżdżając do Nowego Orleanu zaczęliśmy czuć, że wszystko wraca do normy. Pierwsze dni (Chicago, Indianapolis, Nashville) upłynęły pod hasłem adaptacji do warunków w USA i organizacji grupy.
Postaram się streścić to co widzieliśmy do tej pory i w miarę na bierząco wrzucać pełniejsze informacje od dzisiaj, czyli od Nowego Orleanu.
Indianapolis: pusto, czysto, miasto - makieta. Nic poza tym. Wszystko wygląda dokładnie tak jak na filmach, wrażenie robi siłą rzeczy bo to pierwsze miasto, które spotykamy na naszej drodze. Dobre burgery w centrum.
Nashville: Stolica muzyki country. Wieczorem wychodzimy na tętniącą życiem ulicę z mnóstwem klubów z muzyką na żywo. Większość wykonów to hity country lub inne rockowe szlagiery, co oczywiście robi na nas wrażenie bo warsztatowo każdy z tych zespołów był naprawdę znakomity (te solówy ;)), ale naszą uwagę najbardziej zwraca freestyle'ujący perkusista na rogu ulicy.
Memphis: Większość ekipy pojechała do Graceland - świątymi Elvisa Presleya, opowiadali, że było super. My spędziliśmy troche czasu włócząc się po Memphis samochodem w poszukiwaniu miejsc parkingowych ;). Miasto nothing special, skyline jakich wiele, po "Elvisie" spadamy na południe. Do ważnych rzeczy na pewno należy hotel, w którym spaliśmy, czyli Governors Inn, gdzie poziom zasyfienia i nieprzyjazności długo zostanie nam w pamięci ;). W pokojach znajdujemy resztki czyjegoś jedzenia i pajęczyny. Wisząca nad ladą kartka "No Wifi No Pool" i recepcjonista hindus grający w grę na konsoli każący nam wejść tylnim wejściem (??) stają się symbolem tego miejsca.
Jadąc na południe zahaczamy o Clarksdale, czyli miejsce, w którym znajduje się słynne skrzyżowanie, na którym legendarny amerykański bluesman Robert Johnson sprzedał duszę diabłu w zamian za umiejętność gry na gitarze. Miejsce niesamowite, teoretycznie bardzo ważne miejsce dla wielu Amerykanów, a miasteczko (wraz z owym skrzyżowaniem) wydaje się ledwo ciągnać. Murzyni szwędają się po ulicy w poszukiwaniu zajęcia, opuszczone stacje benzynowe, obdrapane budynki, oraz pola bawełny rysują nam obraz stanu Mississippi.
Ameryka jak dotąd najlepsza jest właśnie w takich miejscach, czyli poza autostradą. Zjeżdżając w Kentucky na boczną drogę (na mapie wyraźnie figurowała jako boczna ale okazało się, że to dwa pasy w każdą stronę - innych dróg prawie nie ma na mapach ;)) mijamy setki urokliwych domków z werandą, na której znajdują się fotele bujane i pies (lub kot). Każda z posesji charakteryzuje się trzema rzeczami:
1: przystrzyżonym z ogromną precyzją trawnikiem
2: kilku lub kilkunastometrowym masztem, na którym majestatycznie powiewa amerykańska flaga
3: wielkim, czystym jak łza i świecącym swoimi chromowanymi elementami pickupem (z funkcji pickupa czyli przewożenia ciężkich i dużych rzeczy amerykanie korzystają jakieś 2, 3 razy w roku, ale to nie o to chodzi i każdy o tym wie. Pickup ma stać na podjeździe w towarzystwie pięknego trawnika i powiewającej flagi:))
Obraz tych małych miejscowości (w zasadzie to wsie, tylko że bez roli, ludzie tam tylko mieszkają) jest naprawdę uroczy i kojarzy nam się z filmami z dziciństwa.
Zatrzymujemy się w jednym z barów w takiej miescowości i zamawiamy kurczaka jak na Kentucky przystało. Chwilę przed odjazdem obserwujemy szeryfa, który objeżdża na jedynce z wyciągniętym łokciem całą okolicę sprawdzając czy nikogo nie brakuje (lub np czy przypadkiem nikt nikogo nie rozwalił swoim shotgunem za nadpnięcie na trawnik)
Wjeżdżając do stanu Tennessee, odwiedzamy miejscowość Lynchburg, gdzie znajduje się destylarnia słynnej whiskey Jack Daniels. Wsiadamy do busa i jedziemy na idealnie zorganizowany w amerykanskim stylu tour po fabryce.
Po wrażeniach związanych z whiskey idziemy do okolicznego baru, gdzie jemy żeberka, kurczaki i inne przysmaki barbeque. Bar okazuje się być rodzinnym interesem prawdziwych amerykanów, którzy zalewają nas swoją gościnnością. Na informacje o tym, że jesteśmy z Polski, dają nam do pomalowania panel ze swojego podwieszanego sufitu, gdzie gromadzą takie pamiątki po turystach z innych krajów. Akurat żadnej dużej grupy z Polski jeszcze tam nie było więc zostawiamy po sobie ślad.
To by było na tyle z tych pierwszych kilku dni, jeśli coś nam się przypomni na pewno dopiszemy. Dopiero dzisiaj tak naprawdę zaczynamy funkcjonować w amerykańskim czasie więc postaramy się zaglądać tu troche częściej. Przed nami cały dzień w jak narazie fascynującym Nowy Orleanie, ale o tym w kolejnym odcinku ;)
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: