5 dniowy treking w Nelson Lakes National Park
Trip Start
Apr 24, 2009
1
193
241
Trip End
Jan 25, 2012
Rano wrocilismy z powrotem, gdzie wczoraj skonczylismy. Od razu sie rozdzielilismy, ale tym razem ja zostalem na wabia, a Matt sie oddalil. Po jakiejs godzinie zlapalem farmera, ktory jechal mniej wiecej do polowy naszej drogi. Po drodze zawinalem oczywiscie Matthiasa. Po wysiadce znowu od razu sie rozdzielilismy, tym razem on zostal. Po pol godz zatrzymal sie inny farmer z Mattem w srodku. Tym razem mielismy podwozke do samego st arnoud. Po 2h jazdy poszlismy do DOCu, zeby dowiedziec sie ostatnich szczegolow. Plan byl taki, zeby znalezc w miasteczku tani hostel, w ktorym dogadamy sie, zeby zostawic czesc bagazy (Matt bujal sie z ponad 20kg plecakiem), a jutro ruszyc z rana na trek. Ale okazalo sie, ze mozemy nasze rzeczy zostawic w DOCu i wejscia uderzyc na trek i spac pierwsza noc za darmo w chatce. Tak tez zrobilismy i wystartowalismy troche pozno bo kolo 14tej, ale do hut'a mielismy tylko 2h drogi. Po dojsciu rozpalilismy w piecu, zjedlismy obiado-kolacje (w moim przypadku byla to puszka tunczyka z suchym chlebem), rozlozylismy sleeping bags (jaka jest polska nazwa? Nie moge sobie przypomniec), nalozylismy na siebie wszystko co mielismy w plecaku i uderzylismy w kime. Noc byla zimna i w chatce bylo pieronsko zimno, budzilem sie kilka razy zimna i dokladalem w piecyku. Jakos przetrwalismy, ale nie bylo lekko.
Drugi dzien byl troche bardziej wydajny, zrobilismy szybko sporo kilometrow, niestety glownie w buszu, wiec za wiele widokow nie bylo. Matthias dobrze sobie radzil, wiec jakos specjalnie to lazenie po lesie nam sie nie nudzilo, szybko przelatywalismy przez roznego rodzaju male bagienka, rzeczki gdzie czasem musielismy zdejmowac buty, bo bylo zbyt gleboko. Wieczorem dotarlismy do chatki, w ktorej na nieszczescie nie dalo sie rozpalic w piecu, wiec ta noc byla baaardzo zimna. Mimo ze mialem wszystkie ciuchy na sobie i tak nie moglem spac w nocy.
Trzeciego dnia mialem jakis kryzys formy. A tak sie zlozylo, ze tego dnia pokonywalismy Travers Saddle i trzeba sie wspiac na 1700 m z 500 metrow. Tym razem Matt nadawal tempo a ja z tylu nawet nie probowalem go dotrzymac. Moze przyczyna bylo to ze mialem nie wystarczajaca ilosc jedzenia, czasami musialem dzielic puszke tunczyka lub baked beans na pol, zeby zostawic sobie druga polowke na wieczor. Inaczej nie wystarczyloby mi do konca trekingu. Glownie za to nadrabialem chlebem tostowym i jadlem go sporo, co pozniej okazalo sie zgubne bo ostatniego dnia mialem tylko 3 kromki na sniadanie i nic do tego.
Czwarty dzien byl najciekawszy jesli chodzi o widoki. Ze wzgledow "zaopatrzeniowych" podjelismy decyzje, ze tego dnia zrobimy reszte treku - inaczej nie mielibysmy juz co jesc (chyba Matthiasowi zostalo troche wiecej chleba tylko). Takze wstalismy po 7dmej gdy jeszcze bylo ciemno, wyszlismy jak zaczelo sie rozwidniac, po sytym ;) sniadanie (w moim przypadku wspomniane 3 kromki suchego chleba). Trasa byla urocza, biegla caly czas grzbietami masywu gorskiego, wiec po obu stronach mielismy super widoki. Oczywiscie staralismy sie isc najszybciej jak to mozliwe, a ze bylo nie wiele sniegu i lodu dawalismy rade. Plan zakladal szybki trek z Angelus Hut do St Arnoud, zeby dotrzec tam wzglednie wczesnie i miec komfortowe kilka godzin na zlapanie stopa i dotarcie do Greymouth. Pierwsza czesc poszla znakomicie, trek pokonalismy w 3h zamiast 6h (pewnie dlatego, ze bylem juz niezle napalony na Fish'n'Chips podkrecalem tempo :D). Odebralismy nasze bagaze z DOC'a i szybko pomknelismy na droge probowac szczescia ze stopem. Ale nie tym razem niestety.
Drugi dzien byl troche bardziej wydajny, zrobilismy szybko sporo kilometrow, niestety glownie w buszu, wiec za wiele widokow nie bylo. Matthias dobrze sobie radzil, wiec jakos specjalnie to lazenie po lesie nam sie nie nudzilo, szybko przelatywalismy przez roznego rodzaju male bagienka, rzeczki gdzie czasem musielismy zdejmowac buty, bo bylo zbyt gleboko. Wieczorem dotarlismy do chatki, w ktorej na nieszczescie nie dalo sie rozpalic w piecu, wiec ta noc byla baaardzo zimna. Mimo ze mialem wszystkie ciuchy na sobie i tak nie moglem spac w nocy.
Trzeciego dnia mialem jakis kryzys formy. A tak sie zlozylo, ze tego dnia pokonywalismy Travers Saddle i trzeba sie wspiac na 1700 m z 500 metrow. Tym razem Matt nadawal tempo a ja z tylu nawet nie probowalem go dotrzymac. Moze przyczyna bylo to ze mialem nie wystarczajaca ilosc jedzenia, czasami musialem dzielic puszke tunczyka lub baked beans na pol, zeby zostawic sobie druga polowke na wieczor. Inaczej nie wystarczyloby mi do konca trekingu. Glownie za to nadrabialem chlebem tostowym i jadlem go sporo, co pozniej okazalo sie zgubne bo ostatniego dnia mialem tylko 3 kromki na sniadanie i nic do tego.
Czwarty dzien byl najciekawszy jesli chodzi o widoki. Ze wzgledow "zaopatrzeniowych" podjelismy decyzje, ze tego dnia zrobimy reszte treku - inaczej nie mielibysmy juz co jesc (chyba Matthiasowi zostalo troche wiecej chleba tylko). Takze wstalismy po 7dmej gdy jeszcze bylo ciemno, wyszlismy jak zaczelo sie rozwidniac, po sytym ;) sniadanie (w moim przypadku wspomniane 3 kromki suchego chleba). Trasa byla urocza, biegla caly czas grzbietami masywu gorskiego, wiec po obu stronach mielismy super widoki. Oczywiscie staralismy sie isc najszybciej jak to mozliwe, a ze bylo nie wiele sniegu i lodu dawalismy rade. Plan zakladal szybki trek z Angelus Hut do St Arnoud, zeby dotrzec tam wzglednie wczesnie i miec komfortowe kilka godzin na zlapanie stopa i dotarcie do Greymouth. Pierwsza czesc poszla znakomicie, trek pokonalismy w 3h zamiast 6h (pewnie dlatego, ze bylem juz niezle napalony na Fish'n'Chips podkrecalem tempo :D). Odebralismy nasze bagaze z DOC'a i szybko pomknelismy na droge probowac szczescia ze stopem. Ale nie tym razem niestety.


