Cape Reigna
Trip Start
Apr 24, 2009
1
181
241
Trip End
Jan 25, 2012
Kolo 10 rano wyszedlem poza miasteczko i probowalem zlapac stopa. Po chwili zatrzymalo sie dwoch Niemcow (Martin i Raphael), ktorzy jechali dokladnie tak gdzie ja chcialem dotrzec, czyli na najdalej wysuniete na polnoc miejsce, gdzie mozna dotrzec samochodem - Cape Reinga. Po okolo godzinie jazdy bylismy na miejscu. Szybko zapoznalem sie z mapka okolicy i jeszcze szybciej zdecydowalem sie zrobic drobny treking. Co prawda nie mialem za wiele jedzenia, bo tylko chleb tostowy, puszke tunczyka i baked beans plus zupki instant, a do tego 16kg plecak - ale raz sie zyje. Aha - i jeszcze wody mialem niewiele - bo raptem 0,5l, ale liczylem ze po drodze gdzies uzupelnie. Trasa biegla wzdluz wybrzeza, pierwszego dnia do pokonania mialem okolo 15km, drugiego 10 (tak myslalem). Treking mialem zakonczyc na kempingu, gdzie liczylem ze upoluje kogos kto mnie podrzuci do glownej drogi.
Pierwszy dzien byl dosc ciezki (moze przez ten plecak), sporo gorek, ale za to widoki wynagrodzily wszelkie trudy. W nocy spalem przy ognisku (zrobionym specjalnie zeby zagotowac wode na zupke), w nazwijmy to szopie (bedzie widac na zdjeciach jak je dorzuce). Nie bylo zimno, ale bylo cholernie twardo plus komary (a ja nic na nie nie mialem). Rano ostro ruszylem w droge, zatrzymujac sie tylko na jakas godzine zeby poopalac sie (na golasa, bo przez cala droge nie spotkalem zywej osoby). Po dotarciu do kempingu okazalo sie, ze za wiele samochodow to tu nie mam, a konkretnie jest ich zero. Wiec zaczalem isc w strone glownej drogi, cora bardziej odczuwajac obcierajace mnie buty. Po dotarciu do niej (znak pokazywal ze zrobilem kolejne 15km) bylo juz dosc pozno i zaczelo sie sciemniac. Samochodow tez jak na lekarstwo, przez 10 min nic nie przejechalo w zadna strone. Powiedzialem sobie, ze postoje jescze z pol godz, bo mialem plan zeby dotrzec do moich maoryskich znajomych w miejscowosci Kaitaia (do ktorej bylo ok 100km). Liczylem na farta, ze a nuz trafi mi sie lift wlasnie do tej miejscowosci. Po chwili uslyszalem nadjezdzajacy samochod, wiec z nadzieja wystawilem palec. Jednak mijajac mnie samochod wrzucil kierunkowskaz skretu w druga strone. Co prawda zatrzymal sie po chwili, ale wygladalo na tonze jedna babcia wlasnie podrzucila druga i zawraca, wiec stracilem zainteresowanie i pograzylem sie w swoich myslach ;). I nagle uslyszalem: "you want to ride or what?" :D. Okazalo sie ze babcia za kierwonica pomylila kierunkowskaz. A po przedstawieniu sie i krotkiej pogawedce okazalo sie ze jada przez moja miejscowosc. Panie byly juz dobrze zaawansowane wiekowo, jak to okreslily: "Now you're dealing with the nanies", z pochodzenia Australijki, jedna na stale mieszka w okolicy, druga ja odwiedzala. Tematow mielismy sporo, bo ja bylem swiezo po krainie kangurow, wiec czas szybko zlecial, jak mnie wysadzily w Kaitai bylo juz zupelnie ciemno.
Zadzwonilem do Yvone, zeby sie zaanonsowac i po chwili siedzialem juz z ich cala (siedmioosobowa) rodzina. Robert zaraz przygotowal maoryskie danie-bulap (cos w stylu naszego bigosu) plus szybko wypiekl chleb. Po moich puszkowych jedzeniach jego danie to byl wypas. Pogadalismy do pozna, pozniej zaimprowizowali lozko dla mnie w glownym pokoju i poszlismy spac.
Pierwszy dzien byl dosc ciezki (moze przez ten plecak), sporo gorek, ale za to widoki wynagrodzily wszelkie trudy. W nocy spalem przy ognisku (zrobionym specjalnie zeby zagotowac wode na zupke), w nazwijmy to szopie (bedzie widac na zdjeciach jak je dorzuce). Nie bylo zimno, ale bylo cholernie twardo plus komary (a ja nic na nie nie mialem). Rano ostro ruszylem w droge, zatrzymujac sie tylko na jakas godzine zeby poopalac sie (na golasa, bo przez cala droge nie spotkalem zywej osoby). Po dotarciu do kempingu okazalo sie, ze za wiele samochodow to tu nie mam, a konkretnie jest ich zero. Wiec zaczalem isc w strone glownej drogi, cora bardziej odczuwajac obcierajace mnie buty. Po dotarciu do niej (znak pokazywal ze zrobilem kolejne 15km) bylo juz dosc pozno i zaczelo sie sciemniac. Samochodow tez jak na lekarstwo, przez 10 min nic nie przejechalo w zadna strone. Powiedzialem sobie, ze postoje jescze z pol godz, bo mialem plan zeby dotrzec do moich maoryskich znajomych w miejscowosci Kaitaia (do ktorej bylo ok 100km). Liczylem na farta, ze a nuz trafi mi sie lift wlasnie do tej miejscowosci. Po chwili uslyszalem nadjezdzajacy samochod, wiec z nadzieja wystawilem palec. Jednak mijajac mnie samochod wrzucil kierunkowskaz skretu w druga strone. Co prawda zatrzymal sie po chwili, ale wygladalo na tonze jedna babcia wlasnie podrzucila druga i zawraca, wiec stracilem zainteresowanie i pograzylem sie w swoich myslach ;). I nagle uslyszalem: "you want to ride or what?" :D. Okazalo sie ze babcia za kierwonica pomylila kierunkowskaz. A po przedstawieniu sie i krotkiej pogawedce okazalo sie ze jada przez moja miejscowosc. Panie byly juz dobrze zaawansowane wiekowo, jak to okreslily: "Now you're dealing with the nanies", z pochodzenia Australijki, jedna na stale mieszka w okolicy, druga ja odwiedzala. Tematow mielismy sporo, bo ja bylem swiezo po krainie kangurow, wiec czas szybko zlecial, jak mnie wysadzily w Kaitai bylo juz zupelnie ciemno.
Zadzwonilem do Yvone, zeby sie zaanonsowac i po chwili siedzialem juz z ich cala (siedmioosobowa) rodzina. Robert zaraz przygotowal maoryskie danie-bulap (cos w stylu naszego bigosu) plus szybko wypiekl chleb. Po moich puszkowych jedzeniach jego danie to byl wypas. Pogadalismy do pozna, pozniej zaimprowizowali lozko dla mnie w glownym pokoju i poszlismy spac.



Comments
Super, nie ma jak wytrwalosc (twoja slynna juz konsekwencja ;)) w lapaniu stopa. Szczescie ciagle ci dopisuje i tak trzymaj!!! :-)))