Andamany, Neil Island, Kolkata

Trip Start Apr 24, 2009
1
66
241
Trip End Jan 25, 2012


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of India  , Andaman and Nicobar Islands,
Thursday, November 26, 2009

Lot był miły i krótki, po raptem 2h wyladowalismy w Port Blair, stolicy stanu Andamany i Nikobary. Niestety juz na lotnisku zostaliśmy niemilo zaskoczeni - LP (z 2006 r) podawal ze bez problemów dostaje się na początku 30 dniowe pozwolenie na pobyt (jest to rejon o bardzo dużym znaczeniu strategicznym dla Indii, więc ruch obcokrajowców jest ściśle ewidencjonowany), po czym mozna go przedłużyć do 45 dni. To doskonale odpowiadalo naszym planom spędzenia na wyspach Wigilii i sylwestra. Jednak okazało się ze przepisy się zmienily po zamachach w Mumbaju i max czas jaki mozna bylo uzyskać to 30 dni, co powodowało ze przed sylwkiem trzeba będzie wyjeżdzać. Byłem w imigracji kilkakrotnie, prosilem, blagalem, prawie plakalem, Olka tez pomagała, tlumaczylismy ze przyjeżdza moja żona, ma porezerwowane bilety i ze jesteśmy w kropce. Nic nie pomogło, nawet jak poszliśmy do ich głównego szefa, NIE i koniec. Nie bylo wyjścia i musieliśmy zmienić trochę nasze plany. Postanowiliśmy przebukowac bilety tak, ze wszyscy poplyniemy statkiem 26.12. do miejscowości Vizag, skąd pozniej pociągiem dotrzemy do Kolkaty i tam zabawimy się na sylwestra. Po podjęciu tej decyzji mogliśmy zacząć się w koncu rozkoszować wyspami. Na naszą główną siedzibę wybraliśmy Neil Island, malutka wysepkę z raptem 5500 mieszkancami (Incredible India :D ). Juz na przystani daliśmy się złowić naganiaczowi który zawiózł nas do resortu Pearl Park, gdzie wynajelismy bambusowa chatke za jedyne 200 rupii. Okazało się, ze bardzo dobrze trafiliśmy z terminem przyjazdu bo dwa tygodnie pozniej cena wywoławcza wynosiła 400rupii. Nasz "ośrodek" polozony byl tuz przy plaży nr 1 stworzonej do snorklingu. Jedynym minusem byly sand flies, których ukąszenia baaaardzo swedzialy i goily się przez ok tydzień. Nasze dni uplywaly na totalnej sielance: rano snorkling, pozniej śniadanie (zazwyczaj wegetarianskie, często kuchnia izraelska w wykonaniu indyjskim czyli shakshuka lub sabich), pozniej opalanie i plywanie, około 15tej decyzja czy jemy na obiad rybkę, jesli tak to "lot" na targ rybny i zakup barracudy, red snappera lub tunczyka (dokładnie w takiej kolejności), potem wybór knajpy gdzie nam to przygotują oraz sposobu jej zrobienia, pozniej powrót do domku, prysznic (czasem z krabami które w międzyczasie weszły do chatki), potem obiad, natomiast wieczorem karty (poker texas h. I remik) i rum z cola w którym się zakochalismy dzięki dwum kolegom z Polski zapoznanym podczas naszego jednodniowego wypadu na sąsiednią wyspę Havelock. Mimo wydawaloby się jednostajnego i nudnego trybu zycia na Neil spotkaliśmy tam sporo ciekawych osób, zarówno turystów, jak i mieszkańców wyspy. Szczególnie milo wspominamy tych ostatnich, bo w odroznieniu od większości Hindusów z kontynentalnej części Indii Ci byli niezwykle uprzejmi, kulturalni, chętni do porozmawiania na kazdy temat, jak również do pomocy w razie potrzeby. Najwięcej czasu spedzalismy w lokantce CHAND, u którego zazwyczaj się stolowalismy, natomiast najdłuższe rozmowy odbywały się z Shubratem z restauracji Green Heaven. Sama wyspa, pomimo ze niewielka oferowala calkiem sporo ciekawych i ladnych miejsc do odpoczynku m.in. kilka plaz - plaza nr 4 idealna do plywania ze wzgledu na piaszczyste i bardzo lagodne wejscie do wody, plaza nr 1 poza snorklingiem oferowala super widoki podcczas zachodow slonca, na plazy nr 2 mozna bylo zobaczyc ciekawe formacje sklane nazywane przez lokalesow „natural bridges”, plaza nr 5 – najciekawsza ze wzgledu na polaczenie piaszczystych plaz ze skalnymi przejsciami. Żeby przyblizyc rozmiary wyspy dodam tylko, iz mozna ja bylo cala przejechac na rowerze (kosztujacym 50 rupii dziennie) w ciagu okolo 30 min.
Jako ze Aneta przywiozla od Mamy Olki suszone grzyby i zupe grzybowa Knorra w torebkach postanowilismy sobie zrobic cos a’la wigilia. Plan byl ambitny, miala byc grzybowa, rybka z grilla, pieczone zielone banany (ktore smakuja dokladnie jak ziemniaki, mozna tez z nich robic bardzo smaczne frytki) i salatka z warzyw. Niestety obsluga z naszego osrodka nie chciala z nami „wspolpracowac” i zabronili nam zrobic ognisko (bo niby takie sa przepisy), takze przenieslismy sie do zaprzyjaznionej lokantki Green Heaven i tam wszystko spozylismy. Natomiast zupe grzybowa przygotowalismy u Chanda, gdzie wszyscy mieli kupe zabawy obserwujac mnie przy garach (no, niech bedzie – Aneta tez mi troche pomagala ;) ). Nastepnego dnia musielismy juz wyjezdzac do Port Blair, skad kolejnego dnia mielismy statek do Vizag. Kupujac bilety na najtansza klase nie spodziewalismy sie luksusow, ale przebywanie z paroma setkami Hindusow, wyposazonych w baaaardzo glosne telefony komorkowe z cala dyskografia hitow bollywoodzkich, nie nalezalo do najprzyjemniejszych. Kladli sie spac bardzo wczesnie, a od 4tej rano zaczynala sie juz jatka. My z Olka bylismy juz do tego jako tako przyzwyczjeni, ale dla Anety byl to niezly szok kulturowy. Ogolnie to tak nam sie dali we znaki pierwszej nocy, ze druga przespalismy w kantynie.

Update:Fotki
Slideshow Report as Spam

Use this image in your site

Copy and paste this html: