The Giant Forest and General Sherman

Trip Start Jun 14, 2007
1
53
60
Trip End Oct 03, 2007


Loading Map
Map your own trip!
Map Options
Show trip route
Hide lines
shadow

Flag of United States  , California
Tuesday, September 18, 2007

POLSKI:
Podczas gdy spożywałam oeniadanie na kempingu, wiewiórki wskakiwały mi na kolana, żeby dać im cooe do jedzenia. Byłam niezłomna - nie karmi się dzikich zwierząt. Zdecydowałam też, że nie wytrzymam kolejnej nocy na wysokooeci 6500 stóp, i że muszę się teleportować na poziom bliższy morzu. To oznaczało, że nie mogłam zostawić mojego bagażu na polu namiotowym. Czekała mnie wędrówka z plecakiem.
Poszłam szosą w dół. Po drodze zatrzymali się Węgrzy, którzy zawieYli mnie w pobliże Generała Shermana. Generał Sherman to nie szycha żołnierska, a drzewo, a dokładniej sekwoja. Jeszcze dokładniej - największa istota żyjąca na planecie Ziemi. Z pewnej odległooeci nie wygląda tak ogromnie, ale podejdY bliżej, a poczujesz się mrówką. Oczywioecie wokół rosły inne sekwoje, ale Pan Generał był zdecydowanie najmasywniejszy. Robił wrażenie.
Po "zaliczeniu" głównego punktu wycieczki do Parku Narodowego Sekwoi, udałam się ponownie w dół drogi, z zamiarem dotarcia do Muzeum Wielkiego Lasu. Zatrzymali się i podwieYli mnie strażnicy, chociaż nawet nie uniosłam kciuka ku górze. Pamiętałam przestrogę z poprzedniego dnia o niejeżdżeniu autostopem po parku, a paradoksalnie to właoenie pilnujący bezpieczeństwa tego miejsca dla mnie.
Weszłam do muzeum i stwierdziłam, że muszę pozbyć się ciężaru z pleców. Podeszłam do Chucka Norrisa muzeum (lubię tak nazywać każdego rodzaju strażników) i bezceremonialnie oznajmiłam mu, że jestem tu na nogach, bez samochodu, i że nie mam gdzie zostawić mojego bagażu. Chciałam pójoeć na kilka godzin na któryoe ze szlaków. A "Chuck Norris" mi na to: "To chyba o Pani mówił mi mój kolega z kempingu Lodgepole. Jest Pani bardzo odważna!". Pozwolił mi oczywioecie zostawić moje manatki na parę godzin w muzeum.
Poszłam niedługą, kilkukilometrową trasą, żeby wrócić przed zamknięciem muzeum. Spacerując woeród tych gigantycznych drzew, czułam się maleńka jak owad. Spełniło się moje kolejne marzenie. Jako dziecku, często oeniło mi się, że jestem w przeogromnym lesie, w którym jestem tak mała, że prawie niezauważalna. Rosły tam paprocie, a jak spojrzałeoe w górę, to miałeoe wrażenie, że drzewa przeszywają niebo na wylot. Nie czułam się człowiekiem, a raczej jakimoe elfem, tudzież łanią lekką i wolną jak balonik z helem. A teraz stałam tu naprawdę i rzeczywioecie nie mogłam dojrzeć szczytu drzew. Fascynujące. Szłam sama, i czułam się niemal częoecią tego miejsca. Napotkałam na drodze kilku turystów, ale nie na tylu, żeby być się ich obecnooecią przytłoczona. Po dotarciu na szczyt czułam się tak, jakbym istniała jako jedyny człowiek na Ziemi. Usiadłam na 5 minut na skarpie i od razu opaliły mi się nogi - tak było gorąco. Zrobiłam chyba z milion zdjęć, ale nie oddają tego, co widziałam w rzeczywistooeci.
Wróciłam do muzeum po 16tej, podziękowałam strażnikowi za przechowanie bagażu, po czym już ze wszystkim poszłam na drogę, łapać cooe jadącego w dół. Zatrzymał się Ted, 24-letni farmer pracujący w ulepszaniu infrastruktury parku narodowego. Był z zupełnie innej bajki niż moja, a mimo to nadawalioemy na tych samych falach. Bardzo szybko minęła mi z nim ta godzina jazdy. Ted był bardzo słodki i przystojny. Miał niezwykle niebieskie oczy oraz "piasek" w głosie a`la Bryan Adams. Chyba ze 30 razy zapytał, czy na pewno nie chcę jechać z nim bezpooerednio do Visalii. Nie musiałabym się martwić o to, jak się tam dostanę nazajutrz. Za bardzo między nami iskrzyło. Wybrałam pole namiotowe.
Ted wysadził mnie na kempingu w niewielkiej odległooeci od wyjazdu z parku i pożegnalioemy się. Miałam wrażenie, że było mu żal. Czułam jednak, że spotkam go jeszcze w niedalekiej przyszłooeci. Jak się potem okazało, intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła.
Pole namiotowe, w przeciwieństwie do poprzedniego, nie miało pryszniców ani sklepu, ale to mi nie było potrzebne do szczęoecia na jedną noc. Najważniejsze, że byłam o jakieoe 1000 metrów niżej i czułam różnicę temperatur w porównaniu z Lodgepole. Zanim zaczęło się oeciemniać, poszłam pozbierać trochę drewna na opał. Tak jak dzień wczeoeniej, było z tym raczej kiepsko. Gdy już zapadł zmrok, podszedł do mnie jakioe facet i spytał, czy czasem nie potrzebuję drewna, przy czym pooewiecił latarką w moje marne patyczki. Nie zaprzeczałam. Po chwili przyniósł mi całe wiadro żerdzi, ale aż tyle nie było mi potrzebne. Wzięłam tylko kilka. Noc przespałam znacznie lepiej, niż tę poprzednią. O 6 rano zerwałam się na równe nogi, żeby już o 7mej ruszać w drogę do Visalii. Miałam może z 50 km (30 mil) do pokonania i 3,5 h na dotarcie na dworzec kolejowy. Udałam się na stopa.
Przez godzinę (między 7 a 8 rano) przejechały może 4 samochody, w tym tylko jedno w moją stronę. Parka w oerodku popatrzyła się na mnie jak na wariatkę i pojechała dalej. W stronę parku przejechały 2 ciężarówki. Jedna z nich stanęła i kierowca cooe do mnie krzyczy. Ledwo dosłyszałam, ale zmroziło mnie. "5 minut drogi stąd przechodził niedYwiedY"... Na szczęoecie go nie spotkałam. Za to wpadłam na kogo innego. Obok mnie przejechał, jak się pewnie domyoelasz, Ted. Nie byłam zaskoczona tym faktem. Zatrzymał się i chwilę pogawędzilioemy. Przysięgam, że gdyby nie musiał jechać do pracy w parku, zawróciłby i zawiózł mnie do Visalii. W końcu, gdy była już 8:20, zatrzymał się facet z Nashville, Tennessee, który jako wolontariusz patrolował park. OEpieszył się na spotkanie w informacji turystycznej, ale zdołał mnie jeszcze zawieYć do wyjazdu z parku. Ledwo wysiadłam z jego auta, nie zdążyłam jeszcze założyć plecaka, ale wystawiłam kciuka i zatrzymała się kobieta. Powiedziała mi, że nigdy, przenigdy nikogo nie wzięła na stopa, ale zobaczyła mnie i ujrzała swoją 17letnią córkę. Przewiozła mnie przez 2 wioski, kombinując w międzyczasie, kto z jej znajomych mógłby mnie zawieYć do Visalii, bo ona była w stanie dopiero po południu. W końcu wysadziła mnie w centrum tej "wioski" - mieli nawet pocztę. Zanim złapałam meksykańskiego pracza dywanów, stałam może 10-15 minut. Poza terenem parku jeYdziło więcej pojazdów.  W samochodzie unosił się zapach oerodków czyszczących, więc kierowca otworzył okna na ooecież. Było mi przez ten przeciąg zimno, ale nie narzekałam.
Zostałam wysadzona przed dworcem w Visalii jeszcze przed 10tą rano, prawie na godzinę przed odjazdem pociągu. Znowu miałam szczęoecie.
 
ENGLISH:
While eating a breakfast at the campsite, squirrels were jumping on my knees. They wanted me to give them something to eat, but I was unbreakable - wild animals mustn't be fed by people. I also decided that I wouldn`t be able to spend another night at the campsite 6500 feet above the sea level and that I would have to move down, closer to the sea level. It meant that I couldn`t leave my luggage at the campsite. Thus I was supposed to walk with my backpack.
I was walking down the road when a Hungarian couple stopped and gave me a ride right next to General Sherman. The General Sherman is not a military bigwig but a tree, a giant sequoia to be more detailed. Being more specified, I`ll confess you that it`s a hugest living thing on the planet Earth. It doesn`t look that large from a certain distance, but come up closer and you`ll feel like an ant. Obviously there were other giant sequoias surrounding him, but Mr. General was no doubt the most massive one. He was making an impression.
After having done the main "point" of the Giant Sequoias trip, I walked again down the road with an intention to get to the Giant Forest Museum. There stopped for me a car with rangers inside, even though I did not even raise up my thumb. I remembered about the warning to not hitchhike in the national park area. Paradoxically that were the rangers that`d stopped for me.
I entered the museum and I decided that I had to take the luggage out of my back. I came up to the museum`s "Chuck Norris" (I like to call that way every sort of rangers) and without ceremony I told him that I came there on my feet, without a car, and that I had nowhere to leave my backpack. I wanted to hike a trail for a few hours. And the "Chuck Norris" said: "I think my friend from the Lodgepole campground was telling me about you. You are very courageous!" He obviously let me leave my stuff at the museum for a couple of hours.
I chose a few km long trail, to be able to go back before the museum`s closing. While walking among those huge trees, I felt like a tiny bug. My another dream came true. When I was a child, I used to have dreams that I found myself in a giant forest, and I was feeling so small there, almost as if I was invisible. There were growing ferns, and when you looked up, you had an impression that the trees were piercing the sky. I didn`t feel a human being there, I would say I was rather an elf, or maybe a hind as light and free as a balloon filled with helium. And now I was standing in real and actually couldn`t see the peak of the trees. Fascinating. I was walking there own my own, and I felt as a part of that place. I a few tourists on the trail but not that many to be overcrowded by their presence. After reaching the peak of a mountain, I was feeling as if I was the only human being left in the planet. I set down on a scarp for 5 min and straight away my legs got tanned. It was that hot in there. I probably took about a million of photos but they just don`t make a justice.
I got back to the museum after 4 pm, thanked the ranger for keeping my stuff and then, already with all my luggage, I went again to the road to catch somebody driving down. There stopped ted, 24-year-old farmer working at that moment on the national park`s infrastructure. Despite the fact he was like from a totally different world than mine, things clicked in between us. An hour spent in his car had flown by. He was very sweet and handsome. He had unusually blue eyes and "sand" in his voice, a`la Bryan Adams. He asked me about 30 times if I wanted to go with him straight to Visalia. I wouldn`t have to bother about how would I get there on the next day. There was enough of wood to make a fire in between us. I chose a camp site.
Ted dropped me off at a camp ground not too far from the park exit and we said goodbye to each other. I had an impression that he felt sort of sorrow. Though I thought I would meet him in a near future. Later on I found out that my intuition didn`t disappoint me.
The campground, comparing to the previous one, didn`t have showers and neither a shop, but I didn`t need it for one night. The most important thing was that I was about a thousand meters lower and I could tell the difference of temperature comparing to the Lodgepole. Before it got dark, I went to find some wood for my bone fire. Just like the day before, it wasn`t too easy. When it got dark, there was a guy that came to me and asked me if I needed some wood, and then he turn his flashlight towards my poor sticks. I wasn`t gonna deny. After a little while he brought me a bucket of poles, but I didn`t need that many. I grabbed just a few. I slept much better than the night before. I got up at 6 am to be ready to leave for Visalia at 7 am. I had maybe about 50 km (30 miles) to go through and 3,5 hours to get to the railway station. I went for a hitchhike.
For an hour (in between 7 and 8 am) there were maybe 4 car day had passed me, including only 1 going in my direction. The couple inside looked at me as if I was nuts and they kept on driving. Two lorries drove towards the park. One of them stopped and the driving is yelling something. I barely could hear him, but the thing absolutely froze me. "5 min from here there was a bear that went through the road"... Thank God I didn`t meet him. I bumped into somebody else instead. I was passed, as you probably suppose, by Ted. I wasn`t surprised by that fact. He stopped by and we had a little conversation. I swear, if he hadn`t had to go to work in the park, he would have turned back and taken me to Visalia. Eventually, when it was already 8:20, I stopped a man from Nashville, TN, who was patrolling the park as a volunteer. He was in rush to a meeting at the tourism information, but still he managed take me to the park`s exit. As soon as I got off his car, hadn`t managed to put the backpack on my back, though I raised my thumb and immediately stopped a woman. She told me that she had never ever taken any hitchhiker, but she looked at me and she saw her 17-year-old daughter. She drove me 2  villages further, thinking at the same time, who from her friends could take me to Visalia, as herself she would be able to do so in the afternoon. Eventually she dropped me off in the middle of the "village" - they even had a post office. Before I managed to catch, I was standing on the road for maybe 10-15 min. Outside of the park there were much more vehicle going. Inside of his car you could easily smell detergents, so the driver open windows widely. Due to the draught I was really cold, but I didn`t complain.
I was dropped off in front of Visalia railway station, almost an hour before the trains departure. I was lucky again.
 
Slideshow Report as Spam

Post your own travel photos for friends and family More Pictures

Use this image in your site

Copy and paste this html: