10 hours of journey to Southern California
Trip Start
Jun 14, 2007
1
29
60
Trip End
Oct 03, 2007
POLSKI:
Wstałam o 6:30 rano, zniosłam bagaz na dół i o 7:00 był czas ruszać w drogę. Krzyknęłam: "Dziewczyny, wyjeżdżam" i parę z nich zbiegło na dół po schodach, żeby mnie pożegnać. Buttercup nadal spała, więc poszłam ją obudzić i powiedzieć "do zobaczenia". To jedna z najmniej zepssutych osób jakie znam. Ją i jeszcze co najmniej kilka osób ciężko było mi żegnać.
Ostatni widok na mgłę okalającą Golden Gate Bridge, ale o dziwo - słońce w mieście, palmy, wieżowce (wśród których oczywiście Gizmo musiała zgubić drogę:o)) i... byłam na dworcu autobusowym Greyhound w San Francisco. Poranne korki nie były tak duże jak przewidywałyśmy, więc byłyśmy na dworcu szybciej - o jakąś godzinę. Dworzec autobusowy z zewnątrz wyglądał jak przejście podziemne, więc zwątpiłam, czy jestem we właściwym miejscu. "tak, to tutaj" - odpowiedziała na moje pytanie Gizmo. Pożegnałam się z ostatnią osobą z campu Bothin. Gizmo odjechała, a ja zostałam sama ze sobą. Przy kasach okazało się, że moja walizka waży o 6 kg (11 lbs) za dużo. Po dłuższej kłótni z obsługą (kobieta była nieprzyjemna), że nie będę płacić za nadbagaż, bo to nie samolot, pani raczyła mi powiedzieć, że mogę dokupić torbę i rozparcelować rzeczy na 2. Miałam prawo do 4 toreb, każda max. 50 lbs (czyli ok. 22 kg). Chciałam pokazać jej język, bo w walizce trzymałam dodatkową torbę. Mogła mi o tym od razu powiedzieć, lol!
Gdy wsiadłam w autobus do Los Angeles, włączyłam sobie CD player i zaczęłam czytać wpisy od ludzi z campu w moim pamiętniku. Usłyszałam piosenkę o słowach: "Chcę do jedynego miejsca na ziemi, gdzie problemy przestają mieć znaczenie..." i popłakałam się. Te ostatnie dwa miesiące były dla mnie czasem, którego nie zapomnę. Poznałam cudownych ludzi. Jadąc na camp, nie wiedziałam jak to będzie, gdy wrzuci się na odseparowany od cywilizacji (trochę dramatyzuję) obszar 20 dziewczyn. Nie wiedziałam jak to jest żyć, powiedzmy, nie-koedukacyjnie. W Polsce obozy harcerskie są zwykle koedukacyjne. Było to jedno z najlepszych doświadczeń mojego życia, no i w końcu nie byłysmy aż tak z dala od cywilizacji;). Camp Bothin jednak tak różny od Campu Anne, na którym byłam 2 lata wcześniej, że czułam się, jakbym brała udział w zupełnie innym programie, innym kraju. Czekało mnie 10 h podróży, z przesiadką w Los Angeles, do San Bernardino. Wybrałam autobus, bo po pierwsze - chciałam zobaczyć Californię. Gdybym leciała, nie byłoby to możliwe. Po drugie, ta opcja była tańsza. Jechałam przez góry, lasy palmowe, plantacje winorośli, ale też niemal pustynie. Im bliżej byłam Los Angeles, tym było goręcej. Różnica tempeatur między północną a południową Californią to min. 5 stopni Celsjusza.
W Los Angeles musiałam czekać na przesiadkę przez około 1,5 godziny. Nie wychodziłam z dworca autobusowego, bo wokół niego jest raczej podejrzany obszar - slumsy itp. Na dworcu przysiadł się do mnie facet ok. 60tki. Od razu zaczął mówić. Opowiedział mi pół swojego życiorysu i o tym, że wybierał się właśnie autobusem do Teksasu - czekało go jakieś 30 h podróży. Amerykanie są niezwykle otwarci. Chyba nigdzie indziej nie znajdzie się tak rozmownych, a zarazem ekscentrycznych ludzi. Ku mojej uciesze, facet wiedział gdzie jest Polska. Gdy juz odchodziłam, dał mi swoją wizytówkę. Tak na wszelki, gdybym przypadkiem była w Teksasie. Chyba wzbudzam w ludziach zaufanie. I to raczej nie jest przejaw amerykańskiej życzliwości, bo propozycje dachu nad głową zdarzały mi się też w Europie, od zupełnie przypadkowych ludzi.
W San Bernardino byłam punkt 8 wieczór. W autobusie mieli klimatyzację. Gdy wysiadłam, uderzyła mnie fala gorąca. Witamy w południowej Californii.
Zaraz przy wyjściu z dworca czekał na mnie prawie 2-metrowy Carpo - programowiec obozowy z kitką na czubku głowy. Miły facet, zalałam go falą pytań o camp, a on spokojnie odpowiadał. Gdy wsiedliśmy do samochodu, Carpo powiedział do mnie: "Widzisz te światła na szczycie góry przed nami? Tam właśnie gdzieś jest nasz camp."
Wprost nie mogłam uwierzyć, jak było gorąco, nawet o 9 wieczorem. Po jakimś odcinku prostej autostrady, zaczęliśmy jechać wokół góry. Zdążyło się już ściemnić i zobaczyłam... światła. Południowa California to w nocy feeria świateł, coś niesamowitego! Carpo zatrzymał się na chwilę gdy byliśmy juz prawie na szczycie. Dech mi zaparło.
Zajęło nam godzinę, żeby dostać się z San Bernardino na szczyt góry Pali, wysokość 2000 m n.p.m., gdzie znajdował się cel mojej podróży - Camp Pali Overnight Adventures. Ogólnie cała podróż zajęła mi jakieś 14 h. Nie miałam pojęcia, jaki będzie ten camp, ale już przekraczając bramę z napisem "Witamy na campie Pali Overnight Adventures" wiedziałam, że to będzie coś.
ENGLISH:
I woke up at 6:30 am, took my luggage down the stairs and at 7 am it was time to leave. I yelled: "Girls, I`m leaving!" and a few of them ran down the stairs. Buttercup was still asleep so I went to wake her up and say "see you again" do her. She`s one of the least spoilt people I know. I found it hard to say goodbye to her and at least a few more people.
The last look at the fog covering the Golden Gate Bridge, strangely enough - sun in the city, palm trees, high rises (in between them Gizmo, obviously, got lost :o)) and... i was already the the Greyhound coach station in San Francisco.
The morning traffic jam wasn`t as bad as we thought it would be so we were at the station faster - about an hour. The Greyhound station looked from the outside like a subway so i started to doubt if I was in a right place. "Yes, it`s here" - confirmed Gizmo. i said goodbye to the last person from camp Bothin. Gizmo left I stayed by myself.
When checking in, I found out my luggage was about 11 lbs too heavy. After a while of argueing with the service (the woman was rude), that I would pay for the extra luggage because it wasn`t a plane, the woman finally could be bothered to tell me that I if I had bought an extra bag, I would have been able to put my things into 2 bags. I was allowed to have up to 4 pieces of luggage, 50 lbs each. I wanted to show her my tongue, because I was keeping an extra bag in my suitcase. She could have told me about it straight away lol!
When I set myself in the bus going to Los Angeles, I turned on a CD player and started reading camp people`s notes in my journal. I heard a song that`s words are: "I want to get to a one place on the Earth where problems stop to matter..." and I started crying. These lat 2 months have been to me a time that I will never forget. i met wonderful people. When going to camp, I didn`t know how it would be, to put 20 girls on a separated from civilization area (I`m making it a bit dramatic right now). I had no clue, how is living in, lets say, no coed lifestyle. The scout camps in Poland are usually coed. It was one of the best experiences of my life, and in the end of the day, we weren`t that far from the civilization;). Camp Bothin was so slightly different to Camp Anne where I had worked 2 years before, that I felt like I was participating in a different program, in a different country.
I had to make 10 hours of journey to Southern California, with a change in Los Angeles, and my destination was San Bernardino. I had chosen a coach because in that way I was able to see California. If I had taken a plane, it wouldn`t have been possible. Besides, that option was the cheapest. I was going through the mountains, palm tree forests, grape-vine plantations, but also deserts. The closer Los Angeles I was, the higher was temperature. The amplitude in between Northern and Southern California is minimum 5 Celcius degrees.
In Los Angeles I had to wait to change for about 1,5 hour. I wouldn`t leave the coach station as around it there is rather a dodgy area - slumses etc. At the station there sat next to me a guy in the age of 60`s. He started talking straight away. He told me about half of his memoir and about his journey to Texas - he was going to travel for the next 30 hours. Americans are vey open to people. You won`t probaly find such talkative and at the same time eccentric people anywhere else in the world. I was really happy to hear that the man knew where was Poland. When I was about to leave, he gave me his business card. Just in case is I was in Texas some time. I think I make people trust me. And this is rather not a sign of American kindness, home offers from random people have happened to me in Europe as well.
I was in San Bernardino exactly at 8 pm. On the bus they had air conditioning. As soon as I got off the bus, a wave of heat hit me. Welcome to Southern California.
Right next to the exit was standing 2 metres high Carpo - a program manager from my new camp with a pony tail on the top of his head. Nice guy, I kept asking him questions about the new camp and he`d answer all of them patiently. When we got into his car, Carpo said to me: "Can you see the lights on that mountain in front of us? Somewhere there is our camp."
I couldn`t believe how hot was there, even at 9 pm. After a few blocks of driving on a straight highway, we started going around a mountain. It became already dark and i noticed... the lights. The Southern California at night is a playground for lights, amazing! Carpo stopped for a little moment when we were almost on the top of the mountain. The view was breathtaking.
It took us about an hour to get from San Bernardino to the top of the Pali mountain, where was my final destination - camp Pali Overnight Adventures. Overall the entire journey took me about 14 hours. I had no idea what would be the camp like, but already passing the gate with a sign: "Welcome to camp Pali Overnight Adventures" I knew it would be something...
Wstałam o 6:30 rano, zniosłam bagaz na dół i o 7:00 był czas ruszać w drogę. Krzyknęłam: "Dziewczyny, wyjeżdżam" i parę z nich zbiegło na dół po schodach, żeby mnie pożegnać. Buttercup nadal spała, więc poszłam ją obudzić i powiedzieć "do zobaczenia". To jedna z najmniej zepssutych osób jakie znam. Ją i jeszcze co najmniej kilka osób ciężko było mi żegnać.
Ostatni widok na mgłę okalającą Golden Gate Bridge, ale o dziwo - słońce w mieście, palmy, wieżowce (wśród których oczywiście Gizmo musiała zgubić drogę:o)) i... byłam na dworcu autobusowym Greyhound w San Francisco. Poranne korki nie były tak duże jak przewidywałyśmy, więc byłyśmy na dworcu szybciej - o jakąś godzinę. Dworzec autobusowy z zewnątrz wyglądał jak przejście podziemne, więc zwątpiłam, czy jestem we właściwym miejscu. "tak, to tutaj" - odpowiedziała na moje pytanie Gizmo. Pożegnałam się z ostatnią osobą z campu Bothin. Gizmo odjechała, a ja zostałam sama ze sobą. Przy kasach okazało się, że moja walizka waży o 6 kg (11 lbs) za dużo. Po dłuższej kłótni z obsługą (kobieta była nieprzyjemna), że nie będę płacić za nadbagaż, bo to nie samolot, pani raczyła mi powiedzieć, że mogę dokupić torbę i rozparcelować rzeczy na 2. Miałam prawo do 4 toreb, każda max. 50 lbs (czyli ok. 22 kg). Chciałam pokazać jej język, bo w walizce trzymałam dodatkową torbę. Mogła mi o tym od razu powiedzieć, lol!
Gdy wsiadłam w autobus do Los Angeles, włączyłam sobie CD player i zaczęłam czytać wpisy od ludzi z campu w moim pamiętniku. Usłyszałam piosenkę o słowach: "Chcę do jedynego miejsca na ziemi, gdzie problemy przestają mieć znaczenie..." i popłakałam się. Te ostatnie dwa miesiące były dla mnie czasem, którego nie zapomnę. Poznałam cudownych ludzi. Jadąc na camp, nie wiedziałam jak to będzie, gdy wrzuci się na odseparowany od cywilizacji (trochę dramatyzuję) obszar 20 dziewczyn. Nie wiedziałam jak to jest żyć, powiedzmy, nie-koedukacyjnie. W Polsce obozy harcerskie są zwykle koedukacyjne. Było to jedno z najlepszych doświadczeń mojego życia, no i w końcu nie byłysmy aż tak z dala od cywilizacji;). Camp Bothin jednak tak różny od Campu Anne, na którym byłam 2 lata wcześniej, że czułam się, jakbym brała udział w zupełnie innym programie, innym kraju. Czekało mnie 10 h podróży, z przesiadką w Los Angeles, do San Bernardino. Wybrałam autobus, bo po pierwsze - chciałam zobaczyć Californię. Gdybym leciała, nie byłoby to możliwe. Po drugie, ta opcja była tańsza. Jechałam przez góry, lasy palmowe, plantacje winorośli, ale też niemal pustynie. Im bliżej byłam Los Angeles, tym było goręcej. Różnica tempeatur między północną a południową Californią to min. 5 stopni Celsjusza.
W Los Angeles musiałam czekać na przesiadkę przez około 1,5 godziny. Nie wychodziłam z dworca autobusowego, bo wokół niego jest raczej podejrzany obszar - slumsy itp. Na dworcu przysiadł się do mnie facet ok. 60tki. Od razu zaczął mówić. Opowiedział mi pół swojego życiorysu i o tym, że wybierał się właśnie autobusem do Teksasu - czekało go jakieś 30 h podróży. Amerykanie są niezwykle otwarci. Chyba nigdzie indziej nie znajdzie się tak rozmownych, a zarazem ekscentrycznych ludzi. Ku mojej uciesze, facet wiedział gdzie jest Polska. Gdy juz odchodziłam, dał mi swoją wizytówkę. Tak na wszelki, gdybym przypadkiem była w Teksasie. Chyba wzbudzam w ludziach zaufanie. I to raczej nie jest przejaw amerykańskiej życzliwości, bo propozycje dachu nad głową zdarzały mi się też w Europie, od zupełnie przypadkowych ludzi.
W San Bernardino byłam punkt 8 wieczór. W autobusie mieli klimatyzację. Gdy wysiadłam, uderzyła mnie fala gorąca. Witamy w południowej Californii.
Zaraz przy wyjściu z dworca czekał na mnie prawie 2-metrowy Carpo - programowiec obozowy z kitką na czubku głowy. Miły facet, zalałam go falą pytań o camp, a on spokojnie odpowiadał. Gdy wsiedliśmy do samochodu, Carpo powiedział do mnie: "Widzisz te światła na szczycie góry przed nami? Tam właśnie gdzieś jest nasz camp."
Wprost nie mogłam uwierzyć, jak było gorąco, nawet o 9 wieczorem. Po jakimś odcinku prostej autostrady, zaczęliśmy jechać wokół góry. Zdążyło się już ściemnić i zobaczyłam... światła. Południowa California to w nocy feeria świateł, coś niesamowitego! Carpo zatrzymał się na chwilę gdy byliśmy juz prawie na szczycie. Dech mi zaparło.
Zajęło nam godzinę, żeby dostać się z San Bernardino na szczyt góry Pali, wysokość 2000 m n.p.m., gdzie znajdował się cel mojej podróży - Camp Pali Overnight Adventures. Ogólnie cała podróż zajęła mi jakieś 14 h. Nie miałam pojęcia, jaki będzie ten camp, ale już przekraczając bramę z napisem "Witamy na campie Pali Overnight Adventures" wiedziałam, że to będzie coś.
ENGLISH:
I woke up at 6:30 am, took my luggage down the stairs and at 7 am it was time to leave. I yelled: "Girls, I`m leaving!" and a few of them ran down the stairs. Buttercup was still asleep so I went to wake her up and say "see you again" do her. She`s one of the least spoilt people I know. I found it hard to say goodbye to her and at least a few more people.
The last look at the fog covering the Golden Gate Bridge, strangely enough - sun in the city, palm trees, high rises (in between them Gizmo, obviously, got lost :o)) and... i was already the the Greyhound coach station in San Francisco.
The morning traffic jam wasn`t as bad as we thought it would be so we were at the station faster - about an hour. The Greyhound station looked from the outside like a subway so i started to doubt if I was in a right place. "Yes, it`s here" - confirmed Gizmo. i said goodbye to the last person from camp Bothin. Gizmo left I stayed by myself.
When checking in, I found out my luggage was about 11 lbs too heavy. After a while of argueing with the service (the woman was rude), that I would pay for the extra luggage because it wasn`t a plane, the woman finally could be bothered to tell me that I if I had bought an extra bag, I would have been able to put my things into 2 bags. I was allowed to have up to 4 pieces of luggage, 50 lbs each. I wanted to show her my tongue, because I was keeping an extra bag in my suitcase. She could have told me about it straight away lol!
When I set myself in the bus going to Los Angeles, I turned on a CD player and started reading camp people`s notes in my journal. I heard a song that`s words are: "I want to get to a one place on the Earth where problems stop to matter..." and I started crying. These lat 2 months have been to me a time that I will never forget. i met wonderful people. When going to camp, I didn`t know how it would be, to put 20 girls on a separated from civilization area (I`m making it a bit dramatic right now). I had no clue, how is living in, lets say, no coed lifestyle. The scout camps in Poland are usually coed. It was one of the best experiences of my life, and in the end of the day, we weren`t that far from the civilization;). Camp Bothin was so slightly different to Camp Anne where I had worked 2 years before, that I felt like I was participating in a different program, in a different country.
I had to make 10 hours of journey to Southern California, with a change in Los Angeles, and my destination was San Bernardino. I had chosen a coach because in that way I was able to see California. If I had taken a plane, it wouldn`t have been possible. Besides, that option was the cheapest. I was going through the mountains, palm tree forests, grape-vine plantations, but also deserts. The closer Los Angeles I was, the higher was temperature. The amplitude in between Northern and Southern California is minimum 5 Celcius degrees.
In Los Angeles I had to wait to change for about 1,5 hour. I wouldn`t leave the coach station as around it there is rather a dodgy area - slumses etc. At the station there sat next to me a guy in the age of 60`s. He started talking straight away. He told me about half of his memoir and about his journey to Texas - he was going to travel for the next 30 hours. Americans are vey open to people. You won`t probaly find such talkative and at the same time eccentric people anywhere else in the world. I was really happy to hear that the man knew where was Poland. When I was about to leave, he gave me his business card. Just in case is I was in Texas some time. I think I make people trust me. And this is rather not a sign of American kindness, home offers from random people have happened to me in Europe as well.
I was in San Bernardino exactly at 8 pm. On the bus they had air conditioning. As soon as I got off the bus, a wave of heat hit me. Welcome to Southern California.
Right next to the exit was standing 2 metres high Carpo - a program manager from my new camp with a pony tail on the top of his head. Nice guy, I kept asking him questions about the new camp and he`d answer all of them patiently. When we got into his car, Carpo said to me: "Can you see the lights on that mountain in front of us? Somewhere there is our camp."
I couldn`t believe how hot was there, even at 9 pm. After a few blocks of driving on a straight highway, we started going around a mountain. It became already dark and i noticed... the lights. The Southern California at night is a playground for lights, amazing! Carpo stopped for a little moment when we were almost on the top of the mountain. The view was breathtaking.
It took us about an hour to get from San Bernardino to the top of the Pali mountain, where was my final destination - camp Pali Overnight Adventures. Overall the entire journey took me about 14 hours. I had no idea what would be the camp like, but already passing the gate with a sign: "Welcome to camp Pali Overnight Adventures" I knew it would be something...


