A weekend with Hewitts at historical farm
Trip Start
Jun 14, 2007
1
19
60
Trip End
Oct 03, 2007
POLSKI:
Nie wiedząc, co zrobić z następnym weekendem wolnym, postanowiłam napisać email do Hewittsów, czy nie chcieliby się ze mną spotkać. Mama Michelle i Hannah zapraszała mnie do ich domu po pierwszym turnusie, a ja jeszcze nie miałam okazji ich odwiedzić. Beth odpisała niemal od razu. Powiedziała, że ona i jej rodzina będą brać udział w pikniku na jakiejś historycznej farmie. To było to, czego chciałam - relaks z dala od campu, z ludźmi, którzy dużo dla mnie znaczyli.
W piątek, jeszcze przed 20:00, tak jak się umówiłyśmy, Beth była na campie razem ze starszą z córek - Michelle. Jak dobrze było zobaczyć życzliwe mi twarze! Gdy rozmawiałyśmy, minęła nas Ziggy i Beth zapytała, jakie ona ma plany na ten weekend. Okazało się, że właściwie to już żadnych, bo została przez kogoś wystawiona. Nie potrafię opisać mojej radości z propozycji Beth, żeby Ziggy przyłączyła się do nas. "Teraz już wiem, dlaczego pościeliłam dwa łóżka" - powiedziała Beth. Pomogłam Ziggy spakować się szybko i wsiadłyśmy do auta.
Beth i jej rodzina mieszkają tylko godzinę drogi od campu, w Livermore. Dojechałyśmy do domu Hewittsów około godz. 22, więc młodsze dzieci już spały. Ogółem Beth i Darrel mieli ich sześcioro - oprócz Michelle i Hanhah, jest jeszcze 6-letni Anthony, 13-letni Christian, 17-letni Nathan oraz najstarsza Nicole, która już nie mieszka z rodziną. Jak dobrze było przestąpić progi normalnego domu! A gdy zobaczyłam "mój" pokój, to najpierw zaniemówiłam, a potem rzuciłam się z lekkim piskiem na jedno z dwóch łóżek. Pokój Michelle i Hannah, który zajęłam ja Ziggy, był dziewczęcy i przytulny. Zanim poszłyśmy spać, pogadałyśmy z Beth i jej mężem; Michelle też była zbyt podekscytowana, żeby iść do łóżka.
Na następny dzień wstałyśmy po 7 rano, ubrałyśmy się w niecampowe ciuchy (jakie to miłe uczucie) i o 9 byłyśmy już z rodziną Hewittów w restauracji na śniadaniu. Właściwie, pierwszy raz w zyciu jadłam śniadanie w restauracji. Ehh Amerykanie hehe. Nie mogę narzekać, to było bardzo miłe doświadczenie.
Po śniadaniu pojechaliśmy do naszego celu - Ardenwood, gdzie mieści się historyczna farma. Kolejka napędzana przez konie, zawiozła nas do serca tego miejsca. Minęliśmy pola uprawne i las... eukaliptusowy. Pierwszy raz w życiu poczułam się prawie jak w Australii. Brakowało mi tylko misiów koala. Następnie spacerowałyśmy wokół farmy, próbując produktów prosto z ogródka (m.in. jadalnych kwiatów) i robiąc zdjęcia na "historycznym" sprzęcie. Amerykańska historia nie ma nawet 300 lat, więc wszystko, co starsze niż 50-100 lat, jest super historyczne. I trudno im się dziwić.
Po spacerze zasiedliśmy do lunchu przygotowanego przez firmę, dla której pracuje Darrel - Sysco. Mieli też wyśmienite ciasteczka z kawałkami czekolady. Mieliśmy też okazję spróbować wejścia na ściankę wspinaczkową. Michelle weszła na szczyt co najmniej trzy razy, ja - zero. Moje ręce okazały się być za słabe lol. Około 15, gdy już powoli mieliśmy wracać do domu, Darrel wziął udział w loterii fantowej i wygrał... rower!
Wróciliśmy do domu, trochę się odświeżyliśmy i ja, Ziggy, Hannah i Michelle wskoczyłyśmy na trampolinę w ogrodzie domu Hewittsów. Ale miałyśmy ubaw!
Po 17 Beth, dziewczynki, Ziggy i ja pojechałyśmy na zakupy. Musiałam jednak najpierw spieniężyć swój czek płatniczy (którego nie udało mi się zrealizować tydzień wcześniej w San Francisco) i tu pojawiły się schody... Nie zdawałam sobie sprawy, że tyle nerwów będzie mnie, a właściwie nas, to kosztować. W sobotę banki są pozamykane, a w supermarketach chcieli jakiegoś magicznego kodu z amerykańskiego dowodu osobistego. Nie dali sobie wytłumaczyć, że nie jestem Amerykanką i że tego magicznego kodu mieć nie będę. Pewna pani z obsługi szukała nawet Polski w spisie krajów Azji, a potem Afryki. Od tamtego momentu, gdy mówię komuś, że jestem z Polski, dodaję: "to jest w Europie". Spędziłyśmy 2,5 h, jeżdżąc w różne miejsca, żeby zrealizować ten przeklęty czek - i nic. Ogarniała mnie coraz większa frustracja, bo od kilku tygodni nie miałam okazji zrobić zakupów, ani kupić karty telefonicznej. A tak bardzo chciałam już zadzwonić do domu, minął już ponad miesiąc od kiedy byłam poza Polską! Skończyło się na tym, że widząc moją frustrację i łzy w oczach, Ziggy kupiła mi kartę telefoniczną. Byłam zdołowana, ale cieszyłam się, że miałam wokół siebie osoby, które przynajmniej coś obchodziłam. Chociaż tyle, że spędziliśmy ten czas razem.
Wieczorem, a właściwie już w nocy, Darrel zawiózł mnie i Ziggy z powrotem na camp. Smutno było mi się żegnać, ale wierzyłam, że jeszcze się spotkamy. To był naprawdę udany weekend, pełen niezapomnianych wrażeń.
Epizod: Na następny dzień rano, poszłam w końcu zadzwonić do domu. Karta miała mi starczyć na 150 min rozmów. Wykręciłam numer do domu i jak tylko mnie połączyło, usłyszałam wiadomość, że zostało mi... 9 minut. To mnie najbardziej dobiło. Zaczęłam szlochać do słuchawki, bo tak liczyłam, że chociaż porozmawiam z mamą i z bratem przez dłuższą chwilę. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu i po zakończeniu naszej krótkiej rozmowy, przez następny tydzień moja mama zasypywała mnie emailami, czy to na pewno była tylko frustracja kartą telefoniczną, czy coś się stało. A ja po prostu już tak długo czekałam, żeby zadzwonić, czułam intuicyjnie (jak się w sierpniu okazało), że w domu było coś nie tak i nawet nie mogłam porozmawiać. Potem już nie pozwoliłam sobie tak długo czekać z telefonem do domu, żeby nie popaść ponownie w taką histerię.
ENGLISH:
I didn`t know what to do with the next weekend so I decided to email Hewitts if they`d meet up with me. Michelle`s and Hannah`s mum invited me to their house after the first session, but I hadn`t had time to use the invitation yet. Beth replied to me almost straight away. She said that she and her family were going to take part in a picnic at historical park that weekend. That was exactly what I needed - a relax apart from camp, with people that meant a lot to me.
On Friday, just like Beth said, she was at camp with her elder daughter Michelle. How good it was to see their faces! When we were talking, Ziggy walked next to us and Beth asked what were her plans for that weekend. She said she actually didn`t have any as somebody had just teased her. I can`t describe my happiness when Beth told Ziggy to join us."Now I know why I made two beds" - said Beth. I helped Ziggy to pack quickly and we jumped into the car.
Beth and her family lived just an hour apart from camp, in Livermore. We got to the Hewitts house about 10 pm, so their younger children were already asleep. In general Beth and Darrel had six children at that time: except for Michelle and Hannah, there also was 6-year-old Anthony, 13-year old Christian, 17-year-old Nathan and Nicole, that already didn`t live with the family. It was so good to see a "normal" house. When I saw "my" room, at first I felt breathless, and then I jumped onto one of the beds and screaming from happiness. Hanah`s and Michelle`s room, that me and Ziggy took for that weekend, was girly and cute. Before we went to beds, we`d had a chat with Beth and her husband; Michelle was also way too excited to go to sleep.
On the next day, we got up at 7 am, dressed up in non-camp clothes (how nice was that feeling), and at 9 am we already were at breakfast in a restaurant with Hewitts. Actually, for the first time I was eating a breakfast in a restaurant. Ahh Americans hehe. I can`t complain, it was a really nice experience.
After the breakfast we travelled to Ardenwood, where the historical farm is. A sort of trolley held by horses took us to the heart of that place. On our way we passed fields and... an eucalyptus forest. For the first time in my life I felt almost like in Australia. Only koala bears were missing. We were wandering around, trying fresh food straight from the garden (e.g. specific eatable flowers) and taking pictures on the "historical" equipment. American history is not even 300 years old, so everything that is older than 50-100 years, is super historical, which is not surprising.
After the walk we had a lunch prepared by the company that Darrel worked for - Sysco. They also had delicious chocolate chip cookies. We also had an opportunity to climb a climbing wall. Michelle reached the top at least 3 times, I didn`t even once. My hands are too weak. About 3 pm when we were about to leave the farm, Darrel took part in a lottery and won... a bike!
We got back home, refreshed a bit and me, Ziggy, Michelle and Hannah jumped on the trampoline in the Hewitts garden. We had so much fun!
After 5 pm Beth, girls, Ziggy and me went shopping. I had to cash me cheque first (the one I didn`t cash a week before in San Francisco) and there I had a little problem. I didn`t realize it would make me, erm, us so nervous. Banks in America are usually closed on Saturday and in the supermarkets they wanted a sort of magic code from me that would be on American ID. They couldn`t get that I wasn`t American and I wouldn`t have any magic code. A certain woman in customer service was looking for Poland on the list of Asian and then African countries. Since then if somebody asked me where I was from, my answer would be: I`m from Poland, it`s in Europe. We spent 2,5 hours trying to cash that damn cheque - and nothing. I started to be more and more frustrated as I hadn`t had an opportunity neither to do some shopping or to buy a phone card. I wanted to call home so badly, it had been a month since I left Poland! Seeing my frustration, finally Ziggy bought me the phone card. I was really depressed but happy to have had people around that`d care about me. At least we could hang out with each other.
In the evening, actually at night, Darrel took me and Ziggy back to camp. It was sad to say goodbye to them, but I truly believed we`d meet up again.
Episode: On the next day, I went in the morning to finally call home. The phone card was supposed to include 150 mins. I had dialed my home number and straight away I heard I`d have 9 mins left... That was the most devastating to me. I started crying really badly, because I was so much hoping for a proper chat with my mum and brother. I couldn`t even say anything and after we had finished our short talk, my mum kept sending me emails for a week, asking if that was only a frustration by a phone card or something worse. I had been waiting just for so long, my intuition was telling me (what I was told later on in August) that something wrong was going on at home and now I couldn`t even talk for too long. I wouldn`t let myself for so long with a home phone call again, my hysterical reaction wasn`t worth that.
Nie wiedząc, co zrobić z następnym weekendem wolnym, postanowiłam napisać email do Hewittsów, czy nie chcieliby się ze mną spotkać. Mama Michelle i Hannah zapraszała mnie do ich domu po pierwszym turnusie, a ja jeszcze nie miałam okazji ich odwiedzić. Beth odpisała niemal od razu. Powiedziała, że ona i jej rodzina będą brać udział w pikniku na jakiejś historycznej farmie. To było to, czego chciałam - relaks z dala od campu, z ludźmi, którzy dużo dla mnie znaczyli.
W piątek, jeszcze przed 20:00, tak jak się umówiłyśmy, Beth była na campie razem ze starszą z córek - Michelle. Jak dobrze było zobaczyć życzliwe mi twarze! Gdy rozmawiałyśmy, minęła nas Ziggy i Beth zapytała, jakie ona ma plany na ten weekend. Okazało się, że właściwie to już żadnych, bo została przez kogoś wystawiona. Nie potrafię opisać mojej radości z propozycji Beth, żeby Ziggy przyłączyła się do nas. "Teraz już wiem, dlaczego pościeliłam dwa łóżka" - powiedziała Beth. Pomogłam Ziggy spakować się szybko i wsiadłyśmy do auta.
Beth i jej rodzina mieszkają tylko godzinę drogi od campu, w Livermore. Dojechałyśmy do domu Hewittsów około godz. 22, więc młodsze dzieci już spały. Ogółem Beth i Darrel mieli ich sześcioro - oprócz Michelle i Hanhah, jest jeszcze 6-letni Anthony, 13-letni Christian, 17-letni Nathan oraz najstarsza Nicole, która już nie mieszka z rodziną. Jak dobrze było przestąpić progi normalnego domu! A gdy zobaczyłam "mój" pokój, to najpierw zaniemówiłam, a potem rzuciłam się z lekkim piskiem na jedno z dwóch łóżek. Pokój Michelle i Hannah, który zajęłam ja Ziggy, był dziewczęcy i przytulny. Zanim poszłyśmy spać, pogadałyśmy z Beth i jej mężem; Michelle też była zbyt podekscytowana, żeby iść do łóżka.
Na następny dzień wstałyśmy po 7 rano, ubrałyśmy się w niecampowe ciuchy (jakie to miłe uczucie) i o 9 byłyśmy już z rodziną Hewittów w restauracji na śniadaniu. Właściwie, pierwszy raz w zyciu jadłam śniadanie w restauracji. Ehh Amerykanie hehe. Nie mogę narzekać, to było bardzo miłe doświadczenie.
Po śniadaniu pojechaliśmy do naszego celu - Ardenwood, gdzie mieści się historyczna farma. Kolejka napędzana przez konie, zawiozła nas do serca tego miejsca. Minęliśmy pola uprawne i las... eukaliptusowy. Pierwszy raz w życiu poczułam się prawie jak w Australii. Brakowało mi tylko misiów koala. Następnie spacerowałyśmy wokół farmy, próbując produktów prosto z ogródka (m.in. jadalnych kwiatów) i robiąc zdjęcia na "historycznym" sprzęcie. Amerykańska historia nie ma nawet 300 lat, więc wszystko, co starsze niż 50-100 lat, jest super historyczne. I trudno im się dziwić.
Po spacerze zasiedliśmy do lunchu przygotowanego przez firmę, dla której pracuje Darrel - Sysco. Mieli też wyśmienite ciasteczka z kawałkami czekolady. Mieliśmy też okazję spróbować wejścia na ściankę wspinaczkową. Michelle weszła na szczyt co najmniej trzy razy, ja - zero. Moje ręce okazały się być za słabe lol. Około 15, gdy już powoli mieliśmy wracać do domu, Darrel wziął udział w loterii fantowej i wygrał... rower!
Wróciliśmy do domu, trochę się odświeżyliśmy i ja, Ziggy, Hannah i Michelle wskoczyłyśmy na trampolinę w ogrodzie domu Hewittsów. Ale miałyśmy ubaw!
Po 17 Beth, dziewczynki, Ziggy i ja pojechałyśmy na zakupy. Musiałam jednak najpierw spieniężyć swój czek płatniczy (którego nie udało mi się zrealizować tydzień wcześniej w San Francisco) i tu pojawiły się schody... Nie zdawałam sobie sprawy, że tyle nerwów będzie mnie, a właściwie nas, to kosztować. W sobotę banki są pozamykane, a w supermarketach chcieli jakiegoś magicznego kodu z amerykańskiego dowodu osobistego. Nie dali sobie wytłumaczyć, że nie jestem Amerykanką i że tego magicznego kodu mieć nie będę. Pewna pani z obsługi szukała nawet Polski w spisie krajów Azji, a potem Afryki. Od tamtego momentu, gdy mówię komuś, że jestem z Polski, dodaję: "to jest w Europie". Spędziłyśmy 2,5 h, jeżdżąc w różne miejsca, żeby zrealizować ten przeklęty czek - i nic. Ogarniała mnie coraz większa frustracja, bo od kilku tygodni nie miałam okazji zrobić zakupów, ani kupić karty telefonicznej. A tak bardzo chciałam już zadzwonić do domu, minął już ponad miesiąc od kiedy byłam poza Polską! Skończyło się na tym, że widząc moją frustrację i łzy w oczach, Ziggy kupiła mi kartę telefoniczną. Byłam zdołowana, ale cieszyłam się, że miałam wokół siebie osoby, które przynajmniej coś obchodziłam. Chociaż tyle, że spędziliśmy ten czas razem.
Wieczorem, a właściwie już w nocy, Darrel zawiózł mnie i Ziggy z powrotem na camp. Smutno było mi się żegnać, ale wierzyłam, że jeszcze się spotkamy. To był naprawdę udany weekend, pełen niezapomnianych wrażeń.
Epizod: Na następny dzień rano, poszłam w końcu zadzwonić do domu. Karta miała mi starczyć na 150 min rozmów. Wykręciłam numer do domu i jak tylko mnie połączyło, usłyszałam wiadomość, że zostało mi... 9 minut. To mnie najbardziej dobiło. Zaczęłam szlochać do słuchawki, bo tak liczyłam, że chociaż porozmawiam z mamą i z bratem przez dłuższą chwilę. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu i po zakończeniu naszej krótkiej rozmowy, przez następny tydzień moja mama zasypywała mnie emailami, czy to na pewno była tylko frustracja kartą telefoniczną, czy coś się stało. A ja po prostu już tak długo czekałam, żeby zadzwonić, czułam intuicyjnie (jak się w sierpniu okazało), że w domu było coś nie tak i nawet nie mogłam porozmawiać. Potem już nie pozwoliłam sobie tak długo czekać z telefonem do domu, żeby nie popaść ponownie w taką histerię.
ENGLISH:
I didn`t know what to do with the next weekend so I decided to email Hewitts if they`d meet up with me. Michelle`s and Hannah`s mum invited me to their house after the first session, but I hadn`t had time to use the invitation yet. Beth replied to me almost straight away. She said that she and her family were going to take part in a picnic at historical park that weekend. That was exactly what I needed - a relax apart from camp, with people that meant a lot to me.
On Friday, just like Beth said, she was at camp with her elder daughter Michelle. How good it was to see their faces! When we were talking, Ziggy walked next to us and Beth asked what were her plans for that weekend. She said she actually didn`t have any as somebody had just teased her. I can`t describe my happiness when Beth told Ziggy to join us."Now I know why I made two beds" - said Beth. I helped Ziggy to pack quickly and we jumped into the car.
Beth and her family lived just an hour apart from camp, in Livermore. We got to the Hewitts house about 10 pm, so their younger children were already asleep. In general Beth and Darrel had six children at that time: except for Michelle and Hannah, there also was 6-year-old Anthony, 13-year old Christian, 17-year-old Nathan and Nicole, that already didn`t live with the family. It was so good to see a "normal" house. When I saw "my" room, at first I felt breathless, and then I jumped onto one of the beds and screaming from happiness. Hanah`s and Michelle`s room, that me and Ziggy took for that weekend, was girly and cute. Before we went to beds, we`d had a chat with Beth and her husband; Michelle was also way too excited to go to sleep.
On the next day, we got up at 7 am, dressed up in non-camp clothes (how nice was that feeling), and at 9 am we already were at breakfast in a restaurant with Hewitts. Actually, for the first time I was eating a breakfast in a restaurant. Ahh Americans hehe. I can`t complain, it was a really nice experience.
After the breakfast we travelled to Ardenwood, where the historical farm is. A sort of trolley held by horses took us to the heart of that place. On our way we passed fields and... an eucalyptus forest. For the first time in my life I felt almost like in Australia. Only koala bears were missing. We were wandering around, trying fresh food straight from the garden (e.g. specific eatable flowers) and taking pictures on the "historical" equipment. American history is not even 300 years old, so everything that is older than 50-100 years, is super historical, which is not surprising.
After the walk we had a lunch prepared by the company that Darrel worked for - Sysco. They also had delicious chocolate chip cookies. We also had an opportunity to climb a climbing wall. Michelle reached the top at least 3 times, I didn`t even once. My hands are too weak. About 3 pm when we were about to leave the farm, Darrel took part in a lottery and won... a bike!
We got back home, refreshed a bit and me, Ziggy, Michelle and Hannah jumped on the trampoline in the Hewitts garden. We had so much fun!
After 5 pm Beth, girls, Ziggy and me went shopping. I had to cash me cheque first (the one I didn`t cash a week before in San Francisco) and there I had a little problem. I didn`t realize it would make me, erm, us so nervous. Banks in America are usually closed on Saturday and in the supermarkets they wanted a sort of magic code from me that would be on American ID. They couldn`t get that I wasn`t American and I wouldn`t have any magic code. A certain woman in customer service was looking for Poland on the list of Asian and then African countries. Since then if somebody asked me where I was from, my answer would be: I`m from Poland, it`s in Europe. We spent 2,5 hours trying to cash that damn cheque - and nothing. I started to be more and more frustrated as I hadn`t had an opportunity neither to do some shopping or to buy a phone card. I wanted to call home so badly, it had been a month since I left Poland! Seeing my frustration, finally Ziggy bought me the phone card. I was really depressed but happy to have had people around that`d care about me. At least we could hang out with each other.
In the evening, actually at night, Darrel took me and Ziggy back to camp. It was sad to say goodbye to them, but I truly believed we`d meet up again.
Episode: On the next day, I went in the morning to finally call home. The phone card was supposed to include 150 mins. I had dialed my home number and straight away I heard I`d have 9 mins left... That was the most devastating to me. I started crying really badly, because I was so much hoping for a proper chat with my mum and brother. I couldn`t even say anything and after we had finished our short talk, my mum kept sending me emails for a week, asking if that was only a frustration by a phone card or something worse. I had been waiting just for so long, my intuition was telling me (what I was told later on in August) that something wrong was going on at home and now I couldn`t even talk for too long. I wouldn`t let myself for so long with a home phone call again, my hysterical reaction wasn`t worth that.


